Wszystko, co najpiękniejsze.

                     / fragmenty/

blog_rl_4793822_7357465_tr_23cc

 Wiosną tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku skończyłem dziewięć lat. Tak, zaledwie dziewięć. Byłem więc jeszcze dzieckiem,  zbyt małym, żeby zrozumieć, ogarnąć otaczającą mnie rzeczywistość, jak również zmiany zachodzące w świecie- w moim małym świecie i w tym ogromnym, który brutalnie  wnikał w naszą codzienność. Obawiałem się jednak czegoś, przeczuwałem, że wokół  mnie dzieje się coś niedobrego. Bałem się zła, wiedziałem, że jest potężne i dlatego należy się  bać. Choć w domu rodzinnym czułem się bezpieczny. U boku rodziców i starszego rodzeństwa, nie musiałem bać się niczego. Był to najszczęśliwszy okres mojego życia. Uświadomiłem to sobie dopiero po latach.

 Zawsze, jak tylko sięgam pamięcią, były we mnie dwa pragnienia – dwie siły sprawiające, ze podejmowałem coraz to inne zadania – siły uzupełniające się wzajemnie i zarazem rywalizujące ze sobą. Jedna pchała mnie ku światu, temu wielkiemu, nieznanemu, który bardzo pragnąłem poznać, bo byłem przekonany , że dzięki temu stanę się  mądrzejszym człowiekiem i bogatszym o nowe doznania. Druga – trzymała mnie przy ojcowskiej ziemi, bo tu byłem szczęśliwy, i tu po raz pierwszy spostrzegłem zależność pomiędzy światem zewnętrznym, który mnie otaczał, a tym, co było we mnie. Wszystko  to  łączyło się tak ściśle, że stanowiło nierozerwalną całość. A ja dopiero uświadamiałem sobie istnienie tych wszystkich powiązań i zależności, jak każdy mały człowiek znajdujący się dopiero na początku swej drogi.

Jestem najmłodszym z czworga rodzeństwa. Moi dwaj starsi bracia : Bolesław i Roman byli już prawie dorosłymi mężczyznami, gdy ja liczyłem sobie zaledwie dziewięć lat. A Stefcia jest starsza ode mnie o siedem lat. Tak więc różnica wieku pomiędzy mną  a starszym rodzeństwem była przyczyną, iż nie zawsze znajdowaliśmy wspólny język. Rodzeństwo traktowało mnie zawsze jak małe dziecko, którym bezustannie trzeba się opiekować, a czasem nawet, gdy zasłuży – łajać. Byłem jednak oczkiem w głowie całej rodziny. Rodzice i rodzeństwo bez wyjątku, zaspokajali moje najmniejsze nawet potrzeby; żebym nie był głodni i miał co na siebie włożyć. To właściwie wszystko, bo co można więcej chcieć, gdy ma się dziewięć lat, nie odczuwa się głodu i nie przykrywa pleców postrzępionym  łachem. Byłem wtedy szczęśliwy i wydawało mi się, że tak  już pozostanie, a moje szczęśliwe dzieciństwo będzie trwało zawsze, i będą przy mnie;  mama, Stefcia , tato i bracia.. Wówczas wydawało mi się, że nasza rodzina, to nierozerwalna całość, i ze stale powinniśmy być razem. Nikogo i nigdy nie powinno w domu zabraknąć, zwłaszcza podczas ważnych uroczystości rodzinnych i świąt. Tak, zwłaszcza wówczas nie powinno nikogo zabraknąć, bo wtedy nasz dom nie byłby już prawdziwym domem, do którego byłem tak bardzo przywiązany od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Chociaż teraz, po latach zachowałem w  swej pamięci zaledwie niejasne wspomnienie starego domu – bo domem zawsze , jego najistotniejszą częścią, była rodzina- ludzie, członkowie tej rodziny, tworzący intymną i niepowtarzalną atmosferę domu. Natomiast budynek, w którym się mieszkało  to była sprawa drugorzędna. Choć, wiadomo ze przecież rodzina nie mogłaby normalnie funkcjonować, nie mając dachu nad głową. Był dom,  więc ludzie w nim zamieszkujący tworzyli wspólnotę, od zawsze, od kilkudziesięciu lat, od chwili, gdy zbudowano ten nasz dom.. Był to budynek nieduży z drewna, lecz jego boczne ściany wzmocniono czerwoną cegłą, którą następnie pokryto tynkiem. Drzwi wejściowe umieszczono pośrodku domu wzniesionego ponad powierzchnię ziemi o trzy schodki. Fundamenty były grube, wykonane z odpowiednio ociosanego kamienia. „ Na takim solidnym fundamencie powinni moi dziadowie postawić trochę lepszy dom”- mawiał nieraz mój ojciec. Przez całe życie marzył, żeby pobudować ładny , nowy dom- z cegły ni  najlepiej piętrowy. Niestety, nigdy nie zrealizował swojego marzenia, a stary dom , rzadko remontowany, z roku na rok niszczał. Nic przecież nie oprze się upływowi czasu, ani człowiek, ani rzeczy zbudowane przez niego i dla niego.

Od drzwi wejściowych prowadził długi korytarz zakończony drugimi drzwiami, którymi wychodziło się na podwórko. Tak więc korytarz dzielił dom na dwie części. A w każdej z nich znajdowały się dwie izby połączone ze sobą drzwiami, z których nie zawsze korzystało się, bo przez długie lata zastawione były ciężkimi szafami, komodami i kredensami, otwierano je bardzo  rzadko. Tak więc do wszystkich izb wchodziło się zawsze z korytarza. Pamiętam jednak , że pewnego razu otwarto niemal wszystkie drzwi w domu. Zdarzyło się to wówczas, gdy umarł dziadek. Był on dziadkiem mojego ojca ze strony matki, a więc moim pradziadkiem. Zawsze, jak tylko sięgam pamięcią, wydawał mi się bardzo stary, gdy umarł miał ponad osiemdziesiąt lat. Było to wkrótce przed wybuchem wojny. Postać pradziadka wryła mi się w pamięć szczególnie mocno. Zapamiętałem go lepiej, niż innych członków naszej rodziny: rodzeństwo moich rodziców- ciotki, wujów ich  żony i mężów , wreszcie kuzynów, z którymi obcowaliśmy niemal codziennie, bo żyli w tej samej wsi, zaledwie o kilka zagród dalej. Pradziadek wyróżniał się i  to nie tylko dlatego, że był najstarszym członkiem rodziny. Miał wielki autorytet i wszyscy, bez wyjątku, odnosili się do niego z szacunkiem. Zapamiętałem go jako wysokiego, chudego starca o szarych  głęboko zapadniętych oczach. Kiedyś podobno trzymał się prosto, i jak mawiali, z godnością, ale z upływem czasu starość pochyliła mu plecy; wciąż  jednak miał w sobie wiele surowej powagi i sztywności. Siadywał zazwyczaj na ganku od strony podwórza , na starym bujanym fotelu z wikliny i obserwował łażące kury i kaczki. Od czasu do czasu rzucał im kawałek chleba, wówczas ptactwo zbiegało się, i długo jeszcze potem kręciło się w pobliżu jego stóp. Także wróble zwabione chlebem spadały nagle z dachu, żeby złapać okruszek, ale zaraz odfruwały, przepędzane przez kury. Pradziadek lubił obserwować ptactwo także na drzewach. Często, gdy była ładna pogoda, siedział godzinami wpatrzony w jeden punkt, gdzieś wysoko- na niebie, tam gdzie bezustannie krążyły ptaki, albo wpatrywał się w gęstwinę wysokich drzew rosnących zaraz za płotem oddzielającym podwórze od pola ; tam roiło się od wszelkiego ptactwa. A kiedy starzec siedział ze spuszczoną głową, wówczas wiedziałem, ze drzemie albo się modli. Nigdy nie pamiętał mojego imienia, chociaż tatko i ja wiele razy przypominaliśmy mu, pamiętał tylko przez chwilę, i zaraz potem zapominał. Nazywał mnie swoim małym  chłopaczkiem. Lubił mnie, więc pozwalał abym czasami siadywał mu na kolanach i razem z nim obserwował kury goniące po podwórku wróble. A gdy był w dobrym nastroju, nucił mi do ucha jakąś starą piosenkę, której gdy był dzieckiem, nauczyła go  jego matka. Niewiele rozumiałem ze słów tej przyśpiewki, wydawały mi się dziwne, jakby nie nasze, ale zadowolony byłem, gdy starzec śpiewał, a robił to z ogromnym zaangażowaniem chcąc sprawić mi radość i także nauczyć tej piosneczki. Od czasu do czasu gładził mnie po głowie swą szorstką, kościstą  zniekształconą reumatyzmem  dłonią. Lubiłem go, chociaż jawił mi się bardzo dziwnym  człowiekiem, i niewiele rozumiałem z tego, co mówił i co robił. Dla mnie był kimś z dawno minionej epoki. Nie pasował do dzisiejszych czasów i nawet nie próbował przystosować się, żył w swoim świecie. Wielu spraw więc nie rozumiał, i dziwił się wszystkiemu, bo pamiętam, jak często powtarzał : „ jak  to się  dzisiaj wszystko dziwnie układa”. Był zbyt stary, aby zmieniać swoje zwyczaje i poglądy, i zbyt stary, by chłonąć i zachwycać się nowinkami ze świata. Wolał wspominać minione czasy, kiedy był młodym człowiekiem, a dzięki wspomnieniom znów na moment ożywiał się, był weselszy, czuł się jakby ubyło mu lat. Chętnie słuchaliśmy jego opowieści. Opowiadał ciekawie, chociaż plątał się w szczegółach – zawodziła go pamięć. Zawsze wówczas pradziadek zasiadał na honorowym miejscu przy stole. W słabym świetle lampy naftowej, widziałem jego postać niewyraźnie, tylko czupryna siwych gęstych włosów jaśniała pomiędzy ciemnymi głowami  zasłuchanych w jego słowa członków rodziny. A jego cień  ogromniał na suficie i na ścianach, jak duży czarny ptak krążący nad polami, za każdym razem, gdy płomień lampy wydłużał się. Starzec opowiadał, a ja oczyma wyobraźni widziałem powstania, bitwy, potyczki, zabitych i rannych; i wciąż nadciągające nie wiadomo skąd wojsko w dziwnych mundurach, w jakich już dziś nie widuje się żołnierzy. Żołnierze nacierali śpiewając patriotyczne pieśni, i padali szereg po szeregu. Niektórzy  z nich trzymali w martwych już dłoniach zakrwawione sztandary i proporce. Szeregi przerzedzały się z każdym kolejnym natarciem. Dla mnie, kilkuletniego chłopca, dziwna to była bitwa i dziwne wojsko,. Nie rozumiałem, czemu oni tak wciąż walczyli. Starzec często powtarzał się i długo nieraz zastanawiał nad niektórymi zdarzeniami. Coraz częściej zawodziła go pamięć. Słuchaliśmy jednak nie czyniąc mu żadnych uwag, czasem tylko ojciec rzucił jakieś pytanie lub podpowiedział słówko. Lubiłem słuchać tych opowiastek o wojsku i innych również- o różnych dziwnych zjawach, i o duchach nawiedzających swoich bliskich, pośród których żyli. A pradziadek potrafił opowiadać , jak nikt, bo też nikt z członków naszej rodziny nie przeżył tak wiele, jak on, nikt więc także z dalszych krewnych nie dorównywał mu w tym dziele. Dlatego on właśnie wydawał mi się wówczas najważniejszą i najmądrzejszą osobą w rodzinie. Miałem wówczas dziewięć lat, a w tym wieku każde dziecko myśli, ze nigdy nic się nie zmieni w jego otoczeniu, będzie jak dotychczas; świat się nie zmieni i tak , jak jest, będzie już zawsze. Będzie pradziadek, rodzice , rodzeństwo, i  będę ja. W tym wieku nie zauważa się upływającego czasu. Czas płynie gdzieś obok. (…)

 

 

Ludzie rozmawiali o wszystkim: o zasiewach, o pogodzie , o polityce i o jakimś tam Hitlerze. Podzielili się na grupki i  dyskutowali o swoich problemach. Próbowałem  przysłuchiwać się rozmowom, ale niewiele z nich zrozumiałem. Dziwiłem się tylko trochę, ze wszyscy boją się Hitlera. Tacy silni mężczyźni jak mój tato i wuj Stefan a boją się jednego człowieka, którego nikt nie widział, ani ja i oni pewnie też nie, ale bali się go. Mówili, że przyjdzie tu do nas, do naszej wsi i zabierze nam plony. „ Przecież niczego mu nie oddamy-myślałem przysłuchując się coraz bardziej ożywionej dyskusji – tato z pewnością da mu radę, weźmie rzemienia, którym nieraz nas smagnął po pośladkach, gdy byliśmy nieposłuszni, a teraz nie dałby rady jakiemuś   łobuzowi, który wyciąga ręce po nasze plony – na pewno da. A wuj Stefan i jeszcze  Bolek i Romek i inni mężczyźni z wioski pomogą mu. Zawsze przecież pomagaliśmy sobie wzajemnie, i przy żniwach , i gdy fura utknęła komuś w błocie, i także wówczas, gdy stodoła lub obora, w którymś z gospodarstw stanęła w  płomieniach. Zawsze wszyscy zwoływali się, aby pomagać. To dopiero  silnym człowiekiem musi być ten Hitler, skoro ludzie z naszej wioski tak się go boją.

Trzeba być dobrej myśli, Józefie – powiedział wuj Stefan zapalając papierosa, obserwowałem, jak siny dym unosił się przez chwilę tuż nad jego głową – Hitler pokrzyczy trochę , pokrzyczy i uspokoi się. Francja i Anglia nie dadzą mu zanadto hałasować, już oni mu pokażą , gdzie jego miejsce.

  • Obyś miał rację Stefan, obyś miał rację- powiedział ojciec i zasępił się.

Mężczyźni długo jeszcze ze sobą rozmawiali, ale już nie słuchałem o czym. Zajrzałem do kuchni. Mama i ciocia przysiadły na ławie i też o czymś rozprawiały

  • No, jesteś urwisie, gdzie się włóczyłeś całe popołudnie, jadłeś coś, może jesteś śpiący?- mama popatrzyła na mnie badawczo. Zaprzeczyłem ruchem głowy. Była zmęczona, zauważyłem to od razu, miała przecież dziś pracowity dzień. (…)

 

 

-To pradziadka już z nami nie będzie ?- zapytałem ojca wieczorem, gdy siedział już sam przy stole, po wyjeździe ostatnich krewnych. Siedział w milczeniu i palił papierosa. Mama robiła porządki w kuchni- do moich uszu dochodziło stukanie talerzy, które układała w kredensie.

  • Nie będzie, nie będzie – powiedział i zasępił się, zaraz potem pogładził mnie szorstką dłonią po głowie i zaciągnął się dymem. – nie będzie- powtórzył bardziej  do siebie niż do mnie. Siedział jeszcze przez chwilę zamyślony , z głową wspartą na rękach, wpatrzony w jeden punkt na ścianie.

   Następnego dnia życie wróciło do normy : ojciec zdjął  świąteczny  garnitur, a mama czarną sukienkę. Oboje znów przyoblekli się w robocze stroje, w których zazwyczaj chodzili i w domu i w obejściu. O pradziadku już więcej nie wspominali, Ja też zapominałem, a jego postać  z każdym dniem  oddalała się, i coraz trudniej przychodziło mi odtworzyć w pamięci, rysy jego twarzy, brzmienie głosu. Tylko  od czasu do czasu jeszcze  znajdowałem w domu jakieś drobne przedmioty, które niegdyś należały do pradziadka : buty, sweter,  szal, stary płaszcz. Ale w miarę upływu czasu było ich coraz mniej, gdzieś znikały, może podarowano je komuś, albo rozleciały się ze starości. Po kilku miesiącach pozostał już tylko na werandzie stary fotel, na którym  pradziadek często siadywał- a teraz pusty, kołysał się lekko przy gwałtowniejszych podmuchach wiatru i spłukiwał go deszcz. Postarzał się , jak wcześniej ten człowiek, do którego należał – rozmiękł i brakowało w nim  niektórych części. Po jakimś czasie usunięto ten niepotrzebny już nikomu mebel z werandki, i pewnego dnia zobaczyłem go przypadkiem w budynku gospodarczym tam, gdzie  składowano drewno na opał. Był to już ostatni przedmiot przypominający pradziadka. Uległ zniszczeniu, rozpadł się i został spalony. Myślę , że i wówczas pradziadek umarł tak naprawdę, tak ostatecznie. Odszedł w zapomnienie, czas płynął nieubłaganie. A każdy nowy dzień- to nowe problemy i przeżycia. Dla mojej rodziny zawsze najważniejsza była ziemia.  Żywiła nas przecież, żyliśmy dzięki jej szczodrości. Przyjmowała do swego wnętrza  i ziarno i ludzkie ciała, i dawała plony, które zapewniały nam spokojne bytowanie. Była zawsze dobra i szczodra i dlatego zapewne większość ludzi mówi o niej z ogromnym szacunkiem, jak o matce. Ziemia- życiodajne łono świata. Śmierć na tej ziemi była czymś zwyczajnym. Ludzie rodzili się i umierali od pokoleń , od zawsze i nic nie było w stanie tego zmienić.(…)

 

     Sierpniowe słońce przygrzewało jeszcze mocno, ale poranki i wieczory, a zwłaszcza poranki były chłodne, a nad polami snuła się mgła, która opadała dopiero, gdy słońce wzbiło się wyżej osiadając dużymi kroplami na trawie i na liściach. W południe wysychała. Powietrze  wysycone  było zapachem jabłek i mięty. Lubiłem wtedy spacerować po sadzie. Po żniwach tempo prac polowych spowolniało nieco, żyło się teraz spokojniej, jakby w oczekiwaniu na coś. Ojciec i bracia kręcili się w obejściu, robili drobne naprawy maszyn rolniczych. Stefcia i mama- obie przygotowywały soki na zimę, smażyły powidła ze śliwek i układały w dużej beczce ogórki z koprem i chrzanem. Lubiłem je bardzo i nieraz gdy mama nie  widziała, wyjadałem je. Rodzina przez całe lato była zajęta w polu i w zagrodzie. Mnie nie dopuszczali do cięższych prac w obawie o moje zdrowie, powtarzali tylko, że im przeszkadzam bo kręcę się pod nogami. Włóczyłem się więc przez większą część dnia po podwórku, bawiłem się z kurami i z psem , obserwowałem szybujące w powietrzu ptaki, i opędzałem się od natrętnych much. Dopiero wieczorem zasiadaliśmy wszyscy w kuchni przy stole i mama podawała kolację. Dorośli  rozmawiali  o tym , co dziś udało się im zrobić, i co jeszcze  mają do roboty. Układali plan na następny dzień, a nawet na kolejne dni. „ Robi człowiek i robi – często  powtarzał tato- a końca roboty nie widać, dzisiaj to, jutro tamto, i tak dzień po dniu.”  Cieszyłem się wraz z nimi z urodzaju; z tego, że mamy dużo zboża w tym roku, i dużo owoców w sadzie. Nasza ziemia znów  okazała nam swą szczodrość. Kończyliśmy wykopki. Nad polami zalegała teraz cisza. Ludzie nie wychodzili już w pole tak tłumnie, jak na początku lata, kiedy zaczynały się żniwa. Nastawał teraz czas spokoju i jesiennego uciszenia. Wieczorami gdzieniegdzie unosił się jasny dym znad kartoflisk, i ktoś głośno zawołał na konia.  Jednak coś niepokojącego było w tej ciszy i złowrogiego. Ludzie częściej, niż zazwyczaj spoglądali na drogę lub w stronę lasu, jakby właśnie stamtąd miał ktoś przybyć, lub odejść tam właśnie- za ciemniejący horyzont. Mąciło coś tę ciszę wczesnej jesieni i burzyło dotychczasowy porządek nocy i dni. Niczego nie pojmowałem i nie zdawałem sobie sprawy z zagrażającego nam niebezpieczeństwa. Spostrzegłem  tylko przerażenie w oczach moich najbliższych. To coś, to było jak choroba, która atakuje  kolejno wszystkich, bez wyjątku, i nie można ani zapobiec ani  jej leczyć, bo nie zna się przyczyny, która ją wywołała. Zło, które przyczaiło się tam, gdzieś pośród pól i lasów, spadło nagle na nas całą swą potęgą, niszcząc z bezwzględnością wszystko ; owoce ludzkiej pracy, dorobek całego życia; i niszcząc życie. Przerażające w swej wielkości i sile, było nie do ogarnięcia ludzkimi zmysłami. Wojna !

       Jesteśmy w niewoli, pod okupacją- powiedział sąsiad- przerażające , oni mogą nas wszystkich pozabijać, tak  jak zabili  młynarza i starą Janeczkową. Nikt im w tym nie przeszkodzi, bo nie ma takiej siły, która by ich powstrzymała. Ale ja się nie ruszę stąd, nie spakuję rodziny i nie będziemy uciekać, jak inni, po co ? Widzieliście te zapchane drogi i ludzi, do których strzelano z samolotów. Przecież nie uciekniemy , bo dokąd? Wszystko mi jedno, czy śmierć spotka nas tutaj, czy gdzieś tam , na drodze w czasie ucieczki. Przed wojną nie można się skryć , bo jest ona wszędzie: na niebie i na ziemi- na każdym jej skrawku. Nie można uciec, bo wcześniej, czy później i tak dopadnie nas i zniszczy.  Niewiele wówczas zrozumiałe z jego słów. Dopiero po latach, tak do końca pojąłem ich sens. I zrozumiałem także , czym jest wojna. Wojna ma wiele twarzy i wiele nazw. I długo jeszcze, po latach wydaje owoce, a jej owoce są straszne, są przekleństwem; podobnie , jak sama wojna jest największym przekleństwem ludzkości.

Czwartego dnia września Niemcy stanęli na lini Warty.

W milczeniu

blog_rl_4793822_7357465_tr_23cc

Spacerując parkowymi alejkami, zauważyłam że już od kilku dni wśród listowia coraz wyraźniej pojawia się żółty i brązowy kolor, jest to bez wątpienia oznaka nadchodzącej jesieni, chociaż słońce jeszcze mocno dogrzewa, a ptaki radośnie ćwierkając, buszują wśród wysokiej, gęstej trawy, której od dawna nikt nie kosił. Wyczuwało się  jednak w powietrzu , że nieuchronnie zbliża się jesień. Zawsze lubiłam tutaj spacerować. W takiej ciszy, pośród zieleni można było odpocząć, zrelaksować się po długim i wyczerpującym dniu pracy. Jednak niewiele osób spacerowało teraz po parku, zdecydowanie więcej przebywało w pobliżu budki z lodami i ciastkami, tam wszystkie ławeczki były zajęte. A ludzie: mali i duzi , starsi i młodsi pochłaniali ogromne porcje lodów, albo zajadali się goframi i lukrowanymi pączkami. Obserwując ich pomyślałam, że ci ludzie zwariowali na punkcie jedzenia i nie uznają żadnych ograniczeń, a później to łakomstwo odbija się na ich zdrowiu, i pojawiają się problemy zdrowotne, nawet u młodych ludzi, a przecież można tego uniknąć. Omijając szerokim łukiem budkę ze słodyczami, skierowałam się w stronę ulicy, tutaj park już się kończył. Ulica była ruchliwa, przez cały dzień przemieszczało się po niej  wiele pojazdów, miałam wrażenie, że pędzą z nadmierną prędkością. Nieraz trzeba było długo stać na poboczu, aby przejść na drugą stronę ulicy, było to nie lada wyczynem. Kierowcy ignorowali oznakowane przejścia dla pieszych. Ulica należała do najbardziej ruchliwych i zarazem najbardziej niebezpiecznych w mieście, zdarzyło się już tutaj kilka groźnych wypadków Ale wiele osób właśnie ją wybierało, bo było to najbliższe przejście z osiedla do parku; i nikt się nad tym nie zastanawiał, ze jest niebezpiecznie. Zauważyłam, ze w części parku przylegającej bezpośrednio do ulicy panował zawsze większy nieład. Nikt  tu nie kosił trawy, nie przekopywał rabatek i nie sadził świeżych kwiatów. Tutaj nawet zapach zieleni był inny: mdławy i nieprzyjemny, jakby  zmieszany z zapachem benzyny i spalin unoszącym się stale dzień i  noc nad tą ruchliwą ulicą.

„ Jutro też tu przyjdę – pomyślałam- pomimo  wszystko przyjdę do parku, pomimo niedogodności i braku czasu, jednak przyjdę. Tutaj można się zrelaksować, szczególnie w głębi parku, w tej jego części oddalonej od ulicy i od budki z lodami. To tutaj od wczesnej wiosny do późnej jesieni na rabatkach zawsze kwitną kwiaty, i ktoś dba o nie; a pośród alejek można ujrzeć spacerujących ludzi : rozmawiających ze sobą lub samotnych, trochę zamyślonych, i nierzadko z książką w ręku. W tym miejscu czas nie pędzi tak prędko, jak w pracy, czy w domu; tutaj jest dobrze. Wypoczynek na łonie natury, pośród kwiatów i ptaków przynosi ukojenie i pozwala choćby na kilka chwil zapomnieć o codziennych problemach : o rachunkach, wydatkach i zobowiązaniach, których nie można ogarnąć.

Zapamiętywałam nawet twarze  ludzi spacerujących alejkami, niektórych z nich widywałam codziennie, zerkaliśmy na siebie. Tak już jest, że człowiek patrząc w twarz drugiego człowieka, który akurat znalazł się w zasięgu jego wzroku, mimo woli szuka w tej obcej  zazwyczaj twarzy znajomych rysów. I czasem nawet zdarzało mi się, ze widząc zbliżającą się ku mnie osobę, nagle zwalniałam kroku, chciałam ją dokładnie objąć wzrokiem i zapamiętać jak najwięcej szczegółów : mimikę, spojrzenie, może coś jeszcze, coś ulotnego i niepowtarzalnego; tylko w tym momencie, gdy nasze oczy na ułamek sekundy spotkały się.

„ Co to jest ciekawość ? może to…- przemknęło mi przez myśl. Usiadłam na ławeczce obok równo przyciętych krzewów  thui – może to szukanie znajomej twarzy pośród obcych twarzy, tylko czyjej i po co ? Nie mogę wciąż obciążać winą siebie, ani losu, ani nikogo innego, za  życie jakie teraz wiodę, za nieudane małżeństwo, za oddalenie się od rodziców; po co teraz rozszarpywać stare blizny, jest jak jest .” Ciężkie myśli kłębiły się w  mojej głowie i nie potrafiłam się od nich uwolnić. W dłoniach ściskałam gazetę, której nie miałam zamiaru czytać,  służyła mi raczej do odpędzania much. Popatrzyłam  na kwiatki : różowe, żółte i jeszcze inne, o trudnym do określenia kolorze – ładne, cieszyły oczy. Mogłabym zaręczyć, że jeszcze kilka dni temu nie było ich tutaj. Wszystko się zmienia wokół nas, świat się zmienia.

I nierzadko zachodzi jakieś dziwne zniekształcenie rzeczywistości; i nie wiem, czy dzieje się to we mnie, czy też obok mnie.

Cisza. W parku zawsze panowała cisza, może z nielicznymi wyjątkami, kiedy zjawiały się tu dzieci z pobliskiej szkoły, ale i to nie było tak bardzo uciążliwe; dzieci zawsze wprowadzają ożywienie. Po prostu lubiłam tu  przychodzić. Czasem „zabierałam” tę ciszę do domu, by później jeszcze, pośród czterech ścian, wsparta o blat stołu rozmyślać i  rozpamiętywać mijający dzień; wszystko co mnie spotkało: porażki, radości i nawet drobnostki bez znaczenia. Zamknąć dzień, to znaczy podsumować wszystkie sprawy, które udało się załatwić, i wszystkie zdarzenia , które się przeżyło. A później zaciągnąć żaluzje i nie myśleć o niczym. Jutro też będzie dzień i też pójdę do pracy, a później na zakupy i do parku.

Mężczyzna, którego od pewnego czasu widuję w parku, pojawia się nagle w alejkach, zupełnie tak, jakby spadał z drzewa lub nagle  wyskakiwał z gęstwiny, w chwili, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Wczoraj również pojawił się nagle tuż przede mną, nieomal wpadł na mnie, byłam zaskoczona. Jednak zaraz usunął się ze ścieżki i dzięki temu nie doszło do zderzenia. Skinął przepraszająco  głową i zauważyłam, że nawet uśmiechnął się lekko.

Był mężczyzną w średnim wieku, z krótko przystrzyżonymi włosami posiwiałymi już na skroniach; twarz miał szczupłą i zawsze starannie ogoloną. Mógł mieć około czterdziestu pięciu lat. Byłoby nieprawdą twierdzić, że jest on przystojnym  mężczyzną. Nie, nic podobnego.  Nie jest   na pewno typem wysokiego, wysportowanego mężczyzny, na którego zwróci uwagę każda kobieta. Szczupły, wzrostu mniej niż średniego, niepozorny ;  ot,  zwyczajny człowiek, trochę jakby zagubiony i niepewny siebie. A jednak swoim tak nagłym pojawianiem się, wzbudzał zainteresowanie przechodniów.  Spacerując po parku uważnie przyglądał się drzewom i kwiatom. Pomyślałam nawet, że jest botanikiem, albo opiekuje się tym parkiem; ale przyglądał się także ludziom. W jego spojrzeniu dostrzegłam dużo łagodności. Odnosiłam wrażenie, że jest człowiekiem wrażliwym i delikatnym w obcowaniu z ludźmi. Takich osób  dziś się już nie spotyka. W  świecie przepełnionym agresją i fałszem nie ma miejsca dla takich osób; są odsuwane na margines życia społecznego i nikt się z nimi nie liczy. A przecież nierzadko są to bardzo wartościowe jednostki. Ale tam, gdzie bezustannie toczy się walka o byt, nikt nie zwraca uwagi na wartościowe jednostki. Nie są nikomu potrzebne Wielekroć później, już w domu próbowałam odtworzyć w pamięci jego obraz, zwłaszcza rysy twarzy i spojrzenie, niestety bezskutecznie. Pomimo. Iż wydawało mi się, że widzę go oczyma wyobraźni, było to jednak doznanie niewyraźne i zanikające. Wiedziałam jednak, byłam przekonana, że już wkrótce, następnego dnia, a może za kilka dni, jednak znów ujrzę go w parku; i zastanawiałam się, czy znów tak niespodziewanie pojawi się na ścieżce, a może usiądzie na ławeczce i będzie czytał książkę . Niekiedy widywałam go w towarzystwie młodej, może osiemnastoletniej dziewczyny. Zerkając na nich pomyślałam, ze może to być jego córka; a pomyślałam tak dlatego, ze dostrzegłam podobieństwo pomiędzy mężczyzną a dziewczyną. Dziewczyna była ładna, również szczupła i niewysokiego wzrostu. Ubrana była zazwyczaj w dżinsowe spodnie i kolorową bluzkę.  Jasne , długie włosy, które podmuch wiatru raz po raz zarzucał jej na twarz, odgarniała energicznym ruchem ręki na bok. Spacerując pośród zieleni, cały czas prowadzili ze sobą ożywioną rozmowę. Byli jednak zbyt daleko, abym mogła usłyszeć, o czym tak rozprawiają „ Nie moja sprawa- pomyślałam- przecież nie będę się skradała za nimi, żeby usłyszeć jakieś  pojedyńcze  słowo,  byłoby to  niestosowne”. Przez krótką chwilę podążałam jednak za nimi, ale w takiej odległości, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Zbliżał się wieczór, alejki z wolna wypełniały się czerwonym światłem zachodzącego słońca.

Wydawało mi się, ze kwiaty teraz, o tej porze dnia , pachną intensywniej , niż w południe. Ludzie powoli opuszczali park. Za chwilę również ja wyjdę stąd na zakurzoną i zabłoconą ulicę, tak bardzo kontrastującą swą szarością z gęstą zielenią parku. Codziennie przemierzam tę ulicę. Muszę nią chodzić, aby dojść do osiedla, na którym mieszkam.. Mężczyzna i dziewczyna   zniknęli  mi nagle z oczu, ale zobaczyłam ich w kilka chwil później – zatrzymali się przy budce z lodami. Słońce skryło się za drzewami i już nie było widoczne. Zapalono uliczne latarnie.

W domu zaparzyłam sobie herbatę; nie byłam głodna, miałam ochotę tylko napić się czegoś. Usiadłam w fotelu. Herbata była ciepła i aromatyczna, delektowałam się nią. Rozmyślałam o tych dwojgu, zadając sobie w myślach wiele pytań, na które dziś nie znam przecież odpowiedzi, i może nigdy nie poznam. Istnieje przecież granica, której przekroczyć nie mogę I ta granica ma swoją nazwę; może nazywa się nieśmiałością lub nieporadnością, a może wstydem. Takie  doznania towarzyszyły mi zawsze, odkąd pamiętam.

Poznawanie nowych osób, spotykanie ich na  swoich ścieżkach, jest  jak podróż – daleka, niekiedy bardzo daleka, jest pragnieniem, ale także rodzi pragnienie, aby poznać coś nowego, choć niesie ze sobą obawy, że to nowe może okazać się złem, zagrożeniem spokojnego bytowania.

Po południu w parku zawsze pojawiało się więcej osób, niż o innej porze dnia. Ludzie kończyli pracę, mogli więc choćby tylko przez kilka chwil zrelaksować się wśród zieleni, zazwyczaj brak czasu i liczne obowiązki zawodowe i rodzinne nie pozwalały im na dłuższe spacery. Nawet przez chwilę można  czuć się szczęśliwym podziwiając soczystą zieleń, barwy kwiatów i wsłuchując się w głośny świergot ptaków. Spacerowicze przebywali pośród rabatek i mostów łączących stawy, po których dostojnie  pływały pary łabędzi.

Wolałam przychodzić tutaj w południe lub wczesnym popołudniem, kiedy jeszcze niewiele osób spacerowało alejkami; niestety, nie zawsze było to możliwe. Często musiałam zostawać w pracy dłużej, i o spacerze  w parku mogłam tylko marzyć. W harmonii z przyrodą łatwo odnajdywałam wewnętrzny  spokój ,więc  zawsze, pomimo wielu niedogodności, starałam się przychodzić tu jak najczęściej, bo czegoś mi brakowało pośród czterech ścian mojego mieszkania. Tęskniłam do przyrody, do ptaków, i do twarzy ludzi, których  widywałam w parku niemal każdego dnia. To dziwne, że tęsknię do tego wszystkiego, do tych rzeczy, które inni ludzie zaledwie dostrzegają, dla mnie są istotną częścią mojego życia. Tęsknię, jak do przeszłości szczęśliwej, jak do własnego dzieciństwa.

 

Kałuże na chodnikach, które musiałam omijać, aby nie zamoczyć sobie butów; i te większe na jezdni, rozpryskiwane kołami przejeżdżających samochodów, były wspomnieniem deszczu, który padał dziś od samego rana. Wczesnym popołudniem deszcz ustał, chmury porozrywały się i od czasu do czasu pojawiało się słońce Z mokrych liści nadal spływały duże krople, tak więc pomimo, iż deszcz nie padał, można było jeszcze  zmoknąć. Raz po  raz musiałam wycierać chusteczką mokrą twarz i włosy, nie miałam parasolki.. Skierowałam się w stronę ulicy. Dzisiaj, przy takiej pogodzie, spacer nie należał  do przyjemności. Postanowiłam wrócić do domu. Cisza, której jeszcze przed chwilą nasłuchiwałam, została stłumiona potężnym warkotem przejeżdżających samochodów. Przystanęłam na chwilę. Jakiś dziwny hałas wypełniał powietrze, ktoś coś krzyczał, kogoś wołał, albo wydawało mi się tylko, ze słyszę krzyk. Jednak zaraz potem do moich uszu dobiegło coraz  głośniejsze wycie syreny karetki pogotowia. „ Coś musiało się stać, może wypadek, tak tu przecież na tej ulicy jest niebezpiecznie „- pomyślałam zaraz, gdy tylko  ujrzałam z daleka  coraz wolniej jadącą karetkę. Mimowolnie poszłam w tę stronę, z której dochodziły teraz coraz głośniejsze  krzyki- tak, na pewno coś się stało”.

  • Tak jeżdżą, jest tu przecież ograniczenie prędkości- powiedział młody mężczyzna do idącej obok niego kobiety – zupełnie nie zwracają uwagi na znaki drogowe, pędzą, jak opętani, a zwłaszcza te duże samochody dostawcze, nieraz już dochodziło tu do wypadków.

Młodzi ludzie przyspieszyli kroku i wyprzedzili mnie. Karetka zatrzymała się Na chodniku pojawiało się coraz to więcej ludzi. Tłum  gęstniał z każdą minutą. Tam, gdzie się coś wydarzy , zawsze pojawiają się tłumy gapiów. Nie udało mi się podejść bliżej krawężnika, napierający tłum odepchnął mnie.

-Samochód ciężarowy podobno potrącił dwoje ludzi- powiedziała jedna kobieta do drugiej. Kobiety przystanęły tuż obok mnie- nie przejdziemy tutaj, przez taki tłum, robi się coraz ciaśniej, chodź wycofujemy się, nic  tu  po nas, nie  pomożemy im przecież, ratownicy już są.

  • Masz rację- odpowiedziała młodsza – nic tu po nas, chodźmy !

„ Chyba też pójdę” – pomyślałam. Za moimi plecami ludzie tłoczyli się tak bardzo, ze nie mogłam uczynić kroku- „ no to teraz muszę poczekać, nie ruszę się stąd, choćbym chciała”.

  • Ludzie, odsuńcie się !- usłyszałam wołanie jednego z ratowników- odsuńcie się, odsuńcie !

Wspięłam się na palce i ponad  głowami ludzi zobaczyłam ratowników, uwijali się, jak w ukropie. Dwóch z nich układało na noszach ciało  dziewczyny. Zauważyłam, ze jej jasne długie włosy dotykają ziemi i są zabrudzone. Na twarzy miała maseczkę, od której odchodziły jakieś przewody i rurki łączące ją z aparaturą.

  • Marek, Marek!- podkręć kroplówkę- zawołał jeden z ratowników do drugiego- i chodź tu zaraz, musimy ją zabrać, wszystko w porządku, nie krwawi, zobacz!

Trzeci z ratowników rozmawiał z kimś przez telefon : – Dobra, dobra przyjeżdżajcie, dziewczynę zaraz zawozimy na ostry dyżur, już tam wiedzą; możecie później przyjechać po mężczyznę, nie  , nie będziemy blokować sobie drogi, co? Co mówisz ? Mężczyzna nie żyje !

Dobrze, dobrze już odjeżdżamy !

Pod naporem tłumu przysunęłam się bliżej miejsca zdarzenia. Widziałam teraz dokładnie, jak ratownicy podnoszą nosze i ostrożnie, żeby rannej nie zadać dodatkowego cierpienia, wsuwają nosze do wnętrza karetki i zaraz potem zamykają i starannie zabezpieczają drzwi pojazdu. Karetka ruszyła z głośnym wyciem syreny i po kilku minutach zniknęła za zakrętem.

Później zobaczyłam duży samochód ciężarowy stojący częściowo na jezdni a częściowo na chodniku; miał wgniecioną przednią część karoserii i stłuczone oba reflektory.  Obok pojazdu stał młody wysoki mężczyzna- rozmawiał z policjantami, by po chwili  wraz z nimi udać się w stronę radiowozu. Uczyniłam krok, już nie myślałam o tym, aby wydostać się z tłumu, który otaczał mnie ze wszystkich stron, nie mogłam nawet swobodnie oddychać. Przesunęłam się tylko o krok, ale teraz jeszcze dokładniej widziałam miejsce wypadku. Zobaczyłam mnóstwo rozsypanego po asfalcie drobnego szkła, i coś, jakby strzępy ubrań. Jeden z policjantów fotografował miejsce wypadku, a gdy już wykonał serię zdjęć, zaniósł aparat  fotograficzny do radiowozu. Stał jeszcze przez chwilę, oparty o pojazd i prowadził rozmowę przez telefon. Obserwowałam tego policjanta stojącego przy radiowozie, potem mój wzrok powędrował dalej, i zobaczyłam jakiś dziwny, duży przedmiot, przykryty czarną folią, leżący na jezdni tuż przy krawężniku.

„ Boże, to chyba człowiek ?!”- przeleciało mi przez myśl – tak, to człowiek! „

Nie zwracając uwagi na to, że potrącam ludzi, podeszłam bliżej. Chciałam podejść jeszcze bliżej, ale w tym momencie podjechał jakiś samochód, nie karetka- inny, czarny i nie miał żadnych oznakowań. Z jego wnętrza wyskoczyło dwóch mężczyzn z noszami . Wszystkie czynności wykonywali tak, jakby bardzo im się spieszyło. Rozłożyli nosze i położyli na nich ciało, które podnieśli z asfaltu. Gwałtowny podmuch wiatru szarpnął folię i przez chwilę widziałam twarz ofiary. Nie od razu go poznałam.  Głowę miał nienaturalnie skrzywioną, jakby skręconą ; na policzku ujrzałam strużkę zaschniętej krwi, która wypłynęła z ust. Oczy  miał szeroko otwarte, jakby patrzył gdzieś daleko, poza horyzont, wypatrując czegoś w dalekim błękicie nieba. Widziałam jeszcze, jak mężczyźni umieszczają nosze we wnętrzu pojazdu, zamykają drzwi i odjeżdżają, jak wcześniej karetka.

 

„ Mój świat zatrzasnął się „ – tak niegdyś powiedziała moja mama, było to wiele  lat temu, zdiagnozowano u niej wówczas chorobę Alzheimera.  „ Mój świat zatrzasnął się”- powtarzała wielokrotnie, uświadamiając sobie, że wkrótce będzie traciła ocenę otaczającego ją świata, i ocenę samej  siebie; i stanie się we wszystkim zależna od innych ludzi. Będzie to proces powolny  lecz nieuchronny. Wiedziała o tym.

„ Mój świat zatrzasnął się”. Teraz ja pozwalam sobie na takie stwierdzenie, chociaż nie zaatakowała mnie żadna choroba, która mogłaby wyniszczyć mój umysł i ciało. A jednak czuję się, jakbym była chora. Cierpienie, które spadło na mnie nagle, jest nie do ogarnięcia,

i jak choroba może dokonać totalnego zniszczenia i obrócić w gruzy wszystko – cały mój świat, który z takim mozołem tworzyłam dla siebie, dla własnej wygody, ale także dla innych; może także dla tych, z którymi zetknął mnie los, i którzy w tym moim świecie zajmowali ważną pozycję. ‘ Czy kochałam tego mężczyznę Tak, czy nie?  Tak, jeśli już muszę zadać sobie takie pytanie, to muszę zastanowić się nad tym głęboko. Czy to uczucie było miłością, a może tylko wytworem wyobraźni, albo zwyczajnie tęsknotą za takim uczuciem ? Zapewne muszą upłynąć miesiące a może lata, żebym potrafiła z perspektywy upływającego czasu ocenić właściwie stan mojej duszy. Teraz jednak czuję się, jakby ze wszystkich stron otaczało mnie wzburzone morze, które rzuca się falami na mokry piasek, aż do moich stóp, próbując zagarnąć wszystko, co napotka na swojej drodze; i mnie. Długo jeszcze będę wypatrywała śladów butów na piasku w parkowych alejkach; i spoglądała w twarze mijanych ludzi, szukając czyjejś, tej jednej, obcej i zarazem bliskiej; zanim nieubłaganie płynący czas rozmyje obrazy w mej pamięci.

 

 

Wizyty domowe

blog_rl_4793822_7357465_tr_23cc

Część I

 

Zatrzymałam  się obok starej kamienicy, odrapanej  , z resztkami popękanego tynku na ścianach, spod którego wyzierały czerwone cegły; budynku, którego nikt od lat nie remontował. Aby dojść do niego, trzeba było przejść przez wybrukowane podwórko oddzielające kamienicę od ulicy.

Pchnęłam ciężkie drzwi, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem odsłaniając wnętrze długiego, mrocznego korytarza. Weszłam. Przez chwilę zastanawiałam się, czy trafiłam pod właściwy adres, czy to na pewno tu, bo może pomyliłam numery budynków.  W tym momencie drzwi na końcu korytarza otworzyły się i zobaczyłam małą, chudą kobietę. Była ubrana w szarą, długą  spódnicę i w równie szarą, choć w nieco jaśniejszym odcieniu  bluzkę.

Obserwowała mnie, jak szłam ku niej i przywitała na progu uprzejmym gestem i uśmiechem. Była zadowolona, nie potrafiła tego ukryć. Weszłyśmy do obszernej kuchni. Przez szeroko otwarte teraz drzwi można było od razu przejść do pokoju, za którym zauważyłam jeszcze jedno  pomieszczenie. W kuchni panował ogromny nieporządek. Na stole zauważyłam brudne talerze z resztkami pożywienia, które pokryły się już pleśnią. Odniosłam wrażenie, że nikt nigdy w tej kuchni  nie sprzątał. Życie zatrzymało się tutaj przy brudnych  garnkach, talerzach i przy pokrytej pleśnią, cuchnącej żywności. Ludzie, jeśli nawet jacyś ludzie tu żyli- zapomnieli o swoim mieszkaniu.

Kobieta zatrzymała się nagle w progu drzwi prowadzących z kuchni do pokoju. Odwróciła się i spojrzała na mnie.

– Niech pani się nie przerazi- powiedziała i machnęła obiema rękami- pan Józef jest w następnym pokoju, ale musimy przejść przez ten pokój. Ja jestem obcą osobą- jestem sąsiadką, mieszkam tu obok, w następnej kamienicy; znałam dobrze żonę pana Józefa. Opiekuję się nim trochę, bo jest starym, schorowanym człowiekiem. Od czasu do czasu przyniosę mu coś do zjedzenia, żeby nie umarł z głodu, bo całą jego emeryturę przepija syn. Taki to jest ten syn – kanalia,  nie człowiek. Niech się pani nie przerazi – powtórzyła kobieta- zajrzała do pokoju – jest ! Leży, pijany jak świnia. Przemkniemy tak, żeby nas nie zauważył. W pokoju odór alkoholu mieszał się z odorem moczu. Na podłodze leżały porozrzucane części garderoby- brudne i podarte. Kobieta stawiała stopy tak, aby je ominąć. Kilkakrotnie machnęła ręką. Pijany mężczyzna leżał na wersalce ustawionej w rogu pokoju. Leżał na poplamionej i poszarpanej pościeli. Był nagi. Spał, a przynajmniej sprawiał wrażenie śpiącego. Jego twarz była silnie zaczerwieniona, prawie sina. Nie obudził się, chociaż odniosłam wrażenie, że próbował otworzyć oczy, gdy przechodziłyśmy przez pokój, tuż obok wersalki, na której leżał. Kobieta znów odwróciła się i machnęła ręką a zaraz potem pchnęła na wpół oszklone  drzwi i weszłyśmy do następnego pokoju.

Staruszek klęczał na łóżku, nieco pochylony, z dłońmi złożonymi, jak do modlitwy. Kiedy stanęłyśmy przy jego łóżku, przyglądał się nam swymi małymi niebieskimi oczkami, które były ledwie dostrzegalne spod obrzękniętych powiek. Przez dłuższą chwilę  wpatrywaliśmy się w siebie. Staruszek czekał na jakiś gest z mojej strony, a może na jakieś słowo. Nie wiedziałam, co począć. Walizeczkę z narzędziami postawiłam na podłodze, tuż obok łóżka.

Staruszek nie odpowiedział na moje „dzień dobry” ; pewnie nie dosłyszał. Zauważyłam, że jego prawa ręka lekko drży, a drżenie to wzmagało się, gdy próbował chwytać rogi małej poduszeczki, na której klęczał.

  • Czy chory leczony jest na coś, czy zażywa leki ?- zapytałam.

Kobieta podeszła do nocnego stolika i wysunęła szufladę, z której  wydobyła garść prawie pustych opakowań po lekach i pokazała mi je.

  • Widzi pan, panie Józefie- zwróciła się teraz do staruszka- powiedziałam, ze przyprowadzę panią, to przyprowadziłam. Pani na pewno coś poradzi. Dotrzymałam słowa. Była z siebie zadowolona.
  • Te leki są już zużyte, to teraz pewnie niczego nie zażywa ?- zapytałam zerkając na kobietę.
  • Panie Józefie, bierze pan jakieś leki teraz ?- kobieta pochyliła się i krzyknęła mu do ucha. Staruszek zaprzeczył ruchem głowy. Kobieta nie kryła swego oburzenia- powinien cały czas brać leki- stwierdziła i skrzywiła się, jakby wypiła sok z cytryny- widzi pani, jak to jest. To pijane bydlę zabiera ojcu rentę na wódkę; i nic go nie interesuje, także to, że ojciec nie ma grosza na chleb, ani na lekarstwa; ze też nie ma na takiego człowieka kary. Kobieta bezradnie rozłożyła ręce, a później jeszcze przez chwilę  miętosiła w dłoniach puste opakowania po lekach. Staruszek wyprostował się nieco, gdy zbliżyłam się do jego łóżka, ale nadal klęczał. Wykrzywionym przez reumatyzm palcem wskazał mi złamany ząb , a właściwie już tylko pozostałości  po zębie tkwiące w dziąśle i przysparzające mu cierpienia, kaleczące język, którego przednia część pokryta była drobnymi, krwawiącymi ranami. Ciało starca zniszczone chorobami i starością nie przypominało ciała zdrowej ludzkiej  istoty; ale staruszek swój stan przyjmował z pokorą; przywykł do tego , że jego choroby były dlań już od dawna naturalną formą bytowania; i chyba nawet nie pamiętał, ze kiedyś było inaczej.

Nasze spojrzenia znów się spotkały, i zauważyłam w jego oczach nadzieję. Wiedział przecież, ze jestem tą osobą, która przyszła tu po to, aby rozwiązać chociaż jeden z jego problemów zdrowotnych, aby ulżyć cierpieniu, które teraz nie pozwalało mu normalnie żyć. Inne problemy zostały  na razie odsunięte na dalszy plan, ale powrócą, gdy już ząb nie będzie mu dokuczał; i znów staną się ważne. Kolejne dni znów wypełnią się balastem chorób, które od lat go nękają, brakiem leków  i brakiem  pożywienia.

Staruszek bez słowa sprzeciwu poddawał się wszystkim zabiegom, jakie kolejno wykonywałam w jego ustach. Nie denerwował się, a nawet miałam wrażenie, że odetchnął z ulgą, gdy usunięty ząb odłożyłam na kawałek ligniny i włożyłam mu do ust opatrunek tamujący krwawienie.

-Jak to dobrze- kobieta radośnie zakrzyknęłą na widok usuniętego  zęba- jak to dobrze, panie Józefie, już po wszystkim, teraz już nic nie będzie pana bolało, dziękujemy pani, dziękujemy serdecznie- kobieta położyła mi rękę na ramieniu i uśmiechnęła się. Staruszek nie klęczał już na łóżku, położył się w pościeli  przytulając głowę do poduszki. Leżał z podkurczonymi nogami. Zabieg był z pewnością dużym stresem dla niego , ale stopniowo odzyskiwał spokój. Patrzył teraz  przed siebie, w jeden punkt, nie zwracając już na nas uwagi. Przypominał małe, nieporadne dziecko, którym ktoś zaopiekował się, więc nie czuje już lęku.

  • Może teraz uśnie – powiedziała kobieta- nacierpiał się biedaczek, niech odpoczywa.

Przyjdę do niego później. On wymaga ciągłej opieki , a ja nie mogę bez przerwy zajmować się nim, mam przecież swoją rodzinę , a ten pijak, sama pani widzi- kobieta znów machnęła ręką. Powoli  opuszczałyśmy pokój, w którym leżał staruszek, odprężony już i bliski zaśnięcia. Kobieta wyprzedziła mnie w drzwiach.

-Pójdę pierwsza- powiedziała- może ta łajza jeszcze śpi i nie zauważy nas.

Pijany mężczyzna nie spał i na nasz widok uniósł głowę znad posłania, a zaraz potem usiadł odrzucając na bok kołdrę, którą był częściowo przykryty. Kobieta chwyciła mnie za rękę. Byłyśmy przygotowane  na atak z jego strony, ale na szczęście mężczyzna nie ruszył się z miejsca. Wymachiwał tylko rękoma, jakby chciał przelatujące tuż nad jego głową muchy.  Pomyślałam, że nie ma dość siły, żeby nas zaatakować

  • Spierdalać gnoje !- krzyknął w naszą stronę nie przestając wymachiwać rękami- gnoje !- powtórzył. Bełkotał coś jeszcze pod nosem, jakieś niezrozumiałe słowa, ale zaraz potem głowa opadła mu na poduszkę, i odwrócił się twarzą do ściany.

 

Wyszłyśmy na korytarz. Kobieta odetchnęła z ulgą. Zerknęła na mnie i uśmiechnęła się.

W półmroku korytarza widziałam jej twarz niewyraźnie.

  • Ja tu będę jeszcze musiała wrócić, za jakiś czas, może za godzinę, żeby sprawdzić , jak się czuje pan Józef.
  • To proszę uważać na tego pijanego, żeby nie doznała pani krzywdy z jego strony, z takim człowiekiem to przecież nigdy nic nie wiadomo
  • Do jego obelg już się przyzwyczaiłam, nie zwracam na to uwagi- stwierdziła – a ręki to on na mnie nie podniesie, bo mam męża i syna, którzy zawsze staną w mojej obronie, i właśnie ich on obawia się najbardziej. W przeciwnym razie nie mogłabym tutaj tak swobodnie przychodzić do pana Józefa, a zaglądam, bo mi go tak zwyczajnie żal, że też na taką kanalię nie ma kary- powiedziała kobieta i machnęła ręką.

Wyszłyśmy przed budynek. Niebo było szare i przesuwały się po nim ciężkie granatowe chmury, a lekki podmuch wiatru przyniósł zapach wilgoci. Nie padało, ale zanosiło się na deszcz.

  • Jeszcze raz dziękuję pani- powiedziała kobieta- do widzenia.
  • Do widzenia- odpowiedziałam.

Kobieta podreptała w stronę niewielkiego budynku po drugiej stronie podwórka. Zanim zniknęła za dużymi, częściowo oszklonymi drzwiami, odwróciła się gwałtownie i spojrzała w moją stronę.

Zostałam sama na dużym podwórku, na którym niemal wszędzie leżały porozrzucane strzępy starych ubrań, gazet i kawałki szkła z rozbitych butelek. Na piętrze budynku, do którego weszła przed chwilą kobieta, ktoś rozwiesił na balkonie pranie; a z następnego balkonu zwisał jakiś kwiat, a właściwie coś, co  z niego   pozostało – dwie suche łodygi, o których  dawno już ktoś zapomniał. „ A przecież mogłoby być tutaj inaczej- pomyślałam stąpając po nierównym bruku. Zanim znalazłam się znów na ulicy, spojrzałam jeszcze raz na kamienicę i na podwórko. „ Mogłoby  być inaczej, gdyby tylko ludzie mieszkający tutaj chcieli coś zmienić w swoim otoczeniu.  Wystarczy naprawić tynki, pomalować ściany, naprawić drzwi i okna, wyrównać bruk na podwórku; i posadzić kwiaty wokół budynku- to tak niewiele, ale trzeba chcieć. Aby zmienić otoczenie, człowiek musi najpierw odmienić siebie. A ci ludzie, którzy zagubili się gdzieś w swym życiu, nie są w stanie dokonać żadnych zmian; ani w sobie, ani wokół siebie. To zastanawiające, ze brzydota zawsze towarzyszy upadkowi. Takie życie jest złym życiem. A zło, gdy dominuje , niszczy wszystko, jest jak żywioł. A nade wszystko niszczy piękno, dobro i odczuwanie radości z samego faktu, że jest się żywym człowiekiem . Ludzie, którzy upadli, nie wyobrażają sobie, że można żyć inaczej, i dlatego nie znajdują w sobie potrzeby  odmiany, A przecież, gdy nawet jeden dzień przeżyjemy w sposób niegodny – jest on stracony; i nie można go odzyskać, nie można przeżyć jeszcze raz, to niemożliwe. Czas nas ponagla; i wciąż chcąc nie chcąc kroczymy ku  kolejnym dniom.  Nie mamy wyboru, kiedy na końcu naszej drogi, staniemy na krawędzi życia. Wówczas nie ma już odwrotu.

 

 

Wizyty domowe

Część II

 

Otworzyłam  skrzypiącą furtkę i znalazłam się na wąskiej ścieżce prowadzącej do budynku  znajdującego się na końcu tej dróżki. Przechodziłam obok klombów i rabatek gęsto obsianych kwiatami o różnych kształtach i kolorach. Nie można było oderwać od nich wzroku – pełna gama barw. Nie widziałam jeszcze tak ukwieconego ogródka. Ścieżka  była tak wąska, ze z trudem wyminęłyby się na niej dwie osoby. Niektóre kwiatki, rosnące tuż przy ścieżce, pochylały się ku ziemi i zaczepiały o buty.

Niewielki, parterowy dom stał w otoczeniu kwiatów, ozdobnych krzewów i niezbyt jeszcze wysokich świerków. Drzwi i okna były otwarte na oścież, jakby mieszkańcy tego domu zapraszali do wnętrza każdą żywą istotę, która akurat znalazła się w pobliżu : ludzi, ptaki zdradzające swą obecność pośród zieleni; i wszystko, co żyło w tej gęstwinie.

Duża kobieta w średnim wieku pojawiła się nagle na progu i obserwowała mnie, gdy przemykałam pomiędzy rabatkami. A kiedy już znalazłam się na końcu ścieżki, przy drzwiach, w których ona stała; uśmiechnęła się do mnie odpowiadając na  moje „ dzień dobry”.

-Dobrze, ze pani przyszła- powiedziała- babcia już nie może się doczekać, przez  cały dzień pyta, czy pani na pewno przyjdzie, i czy trafi do  nas, bo tak dużo jest na naszej ulicy domów, że łatwo zbłądzić. A ja jej niemal bez przerwy odpowiadam, ze pani przyjdzie do niej i na pewno trafi; i wszystko będzie dobrze; ale babcia kiwa głową z powątpiewaniem i znowu pyta.

Z rozświetlonego słońcem ukwieconego ogrodu weszłam do ciemnej  sieni. Przystanęłam na chwilę aby wzrok stopniowo przyzwyczajał się do półmroku. Idąca obok mnie kobieta otworzyła gwałtownie drzwi, przez  które  do sieni wlała się jasna smuga światła. Po chwili zaczęłam postrzegać przedmioty: schody prowadzące chyba na strych, i stojący tuż obok nich  bujany fotel, z którego z pewnością już nikt nie korzystał, bo był tak bardzo zniszczony, ze rozpadał się na kawałki.

-Proszę, proszę- powiedziała kobieta- myślę, że w kuchni będzie najlepiej, chyba że pani chce wejść do pokoju?

  • Dobrze- stwierdziłam – tutaj będzie dobrze.

Stanęłam pośrodku obszernej kuchni obok dużego stołu, na którym pozostawiono jakieś książki, talerzyk, zegarek i jeszcze kilka drobnych przedmiotów.

Z kuchni do pokoju prowadziły szerokie drzwi otwarte teraz na oścież. Okno w pokoju było otwarte, ale zaciągnięte do połowy żaluzje dawały półmrok i poruszały się lekko przy każdym, nawet najsłabszym podmuchu wiatru.

Dopiero po chwili dostrzegłam wynurzającą się z półmroku maleńką , przygarbioną ludzką postać. Staruszka posuwając przed sobą taboret, wolnym i niepewnym krokiem zdążała ku drzwiom. Przystawała co chwila, opierając dłonie na blacie taboretu. Kiedy już przekroczyła próg zerknęła na mnie, a zaraz potem postawiła taboret i usiadła na nim opierając się plecami o stół. Teraz  obserwowała mnie uważnie, jakby próbowała przypomnieć sobie, czy już kiedyś nie spotkałyśmy się. Po chwili spuściła wzrok. Starość odbierając jej pamięć, ulokowała ją w teraźniejszości. Staruszka żyła tylko tą chwilą i jakby w zawieszeniu, nie myśląc o przeszłości, ale także o przyszłości, choćby tej najbliższej. To oczywiste, że wszystkie myśli w jej umyśle układały się niejasno, akceptowała więc wszystko, bez słowa sprzeciwu, nie dokonując żadnego wyboru, Staruszka ożywiła się na moment. Znów popatrzyłyśmy  na siebie, i  zobaczyłam  dobrotliwe spojrzenie maleńkich szarych oczu, już prawie niewidocznych , ukrytych pod fałdami skóry. Siedziała teraz  z rękoma złożonymi na kolanach. Czekała. Czekanie – to wszystko, co jej pozostało u schyłku długiego i zapewne niełatwego życia. Teraz czekała na jakiś najmniejszy  gest z mojej strony, albo na słowa, wypowiedziane tylko po to, aby przerwać milczenie. Szukałam w myślach takich słów, które  dodadzą jej otuchy ale uśmiechnęłam się tylko; i to wystarczyło. Nieufność została przełamana, a sytuacja stała się jasna . Staruszka  już wiedziała, ze jestem tą osobą, która chce jej pomóc. Przesunęła się na taborecie, chciała znaleźć się bliżej mnie, taboret  lekko zaskrzypiał. Siedziała przede mną maleńka ,zasuszona istota; głębokie zmarszczki pobruździły jej twarz, a wargi były niemal całkowicie wchłonięte przez bezzębne usta. Nie wiedziałam, czy staruszka wypowiada jakieś słowa, czy to tylko starcze drżenie porusza mięśnie na jej twarzy. Przyglądałam się jej przez chwilę, ona też nie spuszczała ze mnie wzroku, jakby chciała zapisać mój obraz w swej ułomnej pamięci. Pochyliłam się nad nią, a staruszka w tym momencie chwyciła moją rękę w swoje dłonie, które były ciepłe; i nawet nie przeszkadzało mi, ze są twarde, kościste, a skóra na nich szorstka.

  • Złociutka – powiedziała staruszka niemal szeptem i pogładziła moją rękę – złociutka – powtórzyła – o ,tu – powiedziała po  chwili już trochę głośniej otwierając usta tak szeroko, jak tylko potrafiła i pokazała palcem maleńki fragment zęba wystający ponad dziąsło – tu, tu – powtórzyła.
  • Mamie bardzo przeszkadza ten kawałek zęba – usłyszałam za plecami głos kobiety, która kilka minut temu przywitała mnie na progu tego domu i  przyprowadziła do matki – myślałyśmy, ze sam wypadnie, ale niestety , trzyma się mocno i kaleczy język.

Walizeczkę, którą przyniosłam  tutaj ze sobą położyłam na stole i otworzyłam. Wzięłam do ręki środek znieczulający oraz igłę i strzykawkę. Wcześniej , w domu poukładałam w walizeczce wszystkie te narzędzie, które przewidywałam ,że mogą być mi potrzebne. Staruszka przechyliła głowę i zajrzała do walizeczki. Obserwowała także moje ręce, gdy nabierałam płynu znieczulającego do strzykawki. Nie dostrzegałam już w jej oczach lęku, była ufna i cierpliwie czekała na zabieg.

-Teraz poczekamy – powiedziałam, gdy już zrobiłam zastrzyk w okolicy zęba, który zamierzałam usunąć, a właściwie tylko niewielki jego fragment  – poczekamy, aż zacznie działać znieczulenie. Staruszka skinęłą głową.

  • Nie będzie bolało- stwierdziła młodsza kobieta przybliżając się do stołu – mamo, nawet nie poczujesz, taki mały ząb. Czekałyśmy. Za plecami słyszałam tykanie zegara, a za oknem głośne  ćwierkanie wróbli.
  • Mama ma już prawie dziewięćdziesiąt lat – poinformowała mnie  kobieta wycierając  chusteczką staruszce usta – ale ogólnie na zdrowie nie narzeka, oby tak dalej, tylko od kilku dni ten ząb trochę jej dokuczał i dlatego nie  miała apetytu, a protez nie chce nosić,  mówi , że jej przeszkadzają ; nie chcesz , mamo, nosić protez, prawda ?

Staruszka machnęła kilka razy ręką, jakby opędzała się od natrętnej muchy.

Zabieg trwał krótko. Kiedy upewniłam się, że okolica zęba jest znieczulona, jednym ruchem kleszczy usunęłam ząb, a zaraz potem na krwawiącą  ranę założyłam tampony i poprosiłam staruszkę, aby zamknęła usta.

  • no widzisz, no widzisz mamo, już po wszystkim.

Staruszka z niedowierzaniem spoglądała na mnie, to znów na córkę.

-Już po wszystkim – powtórzyła  kobieta – patrz, tu jest twoja skorupka, nie będzie ci już przeszkadzała. Staruszka westchnęła. A ja zaraz pomyślałam, że tak niewiele potrzeba, aby człowiek poczuł się szczęśliwy.

Zanim opuściłam mieszkanie, przez moment jeszcze przypatrywałam się kobietom.

Starszej, która teraz bezwiednie poruszając wargami , ssała tampon pokrywający ranę po usuniętym  zębie; i młodszej , która  gładząc matkę po głowie, odprowadzała mnie wzrokiem ku drzwiom.

Wyszłam przed dom i znów znalazłam się na ścieżce, pośród kwiatów i ozdobnych krzewów, nadal rozbrzmiewających brzęczeniem owadów.  Upał nadal dokuczał, chociaż słońce przesunęło nieco za konary wysokich drzew, a cienie wydłużyły się. Szłam w stronę furtki prowadzącej na ulicę.

Jeśli to, co łączy te obie kobiety nie jest już miłością, tą sprzed lat – miłością matki i dziecka, to jest to uczucie równie trwałe – coś, co jest wypadkową przywiązania i cierpliwości. Wspólne, powolne dreptanie wokół problemów, które niegdyś pobudzały do działania, a teraz straciły już barwę i oddaliły się. Wielkie sprawy  tego świat nie są im do niczego potrzebne. Gdzieś tam toczą się wojny ; trzęsienia ziemi , powodzie i pożary zabijają tysiące ludzi i niszczą ich dobytek. Ale to wszystko dzieje się gdzieś daleko; każdego  dnia mogą przeczytać o tym w gazetach lub dowiedzieć się z informacji telewizyjnych. Ich świat trwa nieustannie, wciąż taki sam, nie zmienia się od lat.

Teraźniejszość nie jest konstruktywna, ale daje poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Nie zmusza do układania projektów na bliższą lub dalszą przyszłość. Czas płynie leniwie, a każdy  kolejny dzień nie różni się niczym od  dnia poprzedniego, i od następnego, który nadejdzie. Starość żywi się teraźniejszością, traktując przyszłość, jak abstrakcję; a przeszłość, jak wypłowiałe obrazki, z których nie można  już odczytać treści. Przypominają one tylko wszystko to, co przeminęło bezpowrotnie.

Na ulicy żar, który jeszcze nie zelżał, zmieszał się z ulicznym kurzem wzniecanym  przez przejeżdżające samochody. Było parno i zanosiło się na burzę. Nisko, nad dachami budynków , pojawiły się granatowe chmury – zapowiedź burzy; a wyżej, ponad chmurami niebo utraciło już barwę błękitu. Późne popołudnie przynosi wytchnienie, choć nie zawsze; bo  gdzieś w środku – w nas, nawet w popołudniowej ciszy, rodzi się pragnienie, aby uciec od tego wszystkiego, co nas otacza i nierzadko  uwiera, uciec bardzo daleko. Lecz tymczasem robimy jeden krok lub nawet kilka kroków, mniej lub bardziej świadomi, że to stąpanie zawsze i każdego dnia przybliża nas ku starości.

 

 

 

Wizyty domowe

Część III

 

Na klatce schodowej było ciemno, nikt nie zapalił światła. Szłam ostrożnie . Mój wzrok stopniowo przyzwyczajał się do półmroku. Kiedy już dotarłam na drugie piętro, zastukałam do drzwi. Usłyszałam szuranie i po chwili  w drzwiach stanęła niemłoda już kobieta. Ucieszyła się na mój widok. Otworzyła drzwi tak szeroko, jak tylko było to możliwe i zaprosiła do wnętrza. W mieszkaniu również panował półmrok. Ledwie dostrzegałam zarysy mebli ustawionych w przedpokoju. Kobieta otworzyła gwałtownie prowadzące do jednego z pomieszczeń i wówczas smuga  światła rozświetliła nieco przedpokój. Postąpiłam kilka kroków, wciąż jednak uważając na meble.

-Proszę- kobieta zaprosiła mnie, abym weszła do pokoju. Na tapczanie leżała staruszka. Wydawało mi się, że śpi, ale gdy stanęłam na środku pokoju, otworzyła oczy.

  • Boli ją ząb, już od kilku dni boli, dzisiaj trochę mniej, ale boję się, ze znów zacznie, chciałam, żeby pani to zobaczyła- powiedziała kobieta- pani Jadziu, nie śpi pani ?
  • Nie – odpowiedziała staruszka.
  • Ja jestem sąsiadką – oznajmiła kobieta spoglądając na mnie – zaglądam tu często do pani Jadzi, bo przecież trzeba jej pomagać, sama sobie już nie poradzi, choruje od wielu lat.

W mieszkaniu powietrze było ciężkie. Przypuszczałam ,że nigdy nie otwierano tutaj okien, a jeśli otwierano, to bardzo rzadko. Pokój zastawiony był meblami, ze z trudem udało mi  się przecisnąć pomiędzy nimi.  Na środku pokoju stał szeroki tapczan i na nim leżała chora. Domyślałam się, że przebywa tu już od dawna, w tym pokoju wypełnionym starymi, ciężkimi meblami , odcięta od zewnętrznego świata masywnymi drzwiami i szczelnie zamkniętymi oknami, przez które nie przenikały do wnętrza ani promienie słońca ,ani świeże powietrze, ani uliczny hałas. Mieszkanie przypominało twierdzę. Nikt z własnej woli nie chciałby tutaj przebywać. Ale  uświadomiłam sobie ,że ta chora kobieta nie ma innego wyjścia, nie może tak po prostu otworzyć drzwi i choćby na kilka chwil opuścić mieszkanie; pójść na spacer albo na zakupy. Przykuta do łóżka przez chorobę i starość, skazana na ludzką litość, tkwiła w tym mieszkaniu niezmiennie od wielu lat.

Staruszka przyglądała mi się bacznie od chwili , gdy stanęłam obok niej, ale na moment odwróciła oczy i spojrzała w okno. Zauważyłam , jak  małą kościstą dłonią, którą wysunęła nagle spod pościeli,  ścisnęła mocno krawędź tapczanu.

  • Usunie pani mi ten ząb, a właściwie tylko mały kawałek ? – zapytała cichym, drżącym głosem
  • Tak – odpowiedziałam.

Staruszka odetchnęła z ulgą i  uśmiechnęłą  się.

  • Już nie mogę poradzić sobie z niczym, a teraz jeszcze ten ząb – dodała po chwili- dobrze, że pani Zosia zaopiekowała się mną , moja kochana sąsiadka, co ja bym bez niej zrobiła.

Sąsiadka wyszła na chwilę do kuchni ,ale zaraz wróciła.

-Kiedy , po zabiegu pani Jadzia będzie mogła coś zjeść, bo  od rana  nie miała jeszcze niczego w ustach ? – kobieta spojrzała na mnie.

  • Dopiero mniej więcej po dwóch godzinach, jak ustąpi znieczulenie – poinformowałam ją.
  • Dobrze, to przyrządzę jej coś lekkostrawnego – powiedziała i znów wyszła do kuchni.

Staruszka przesunęła się w pościeli.

  • Jestem samotna, od wielu lat jestem samotna – stwierdziła –mąż mój umarł piętnaście lat temu , a syn wyjechał  za  granicę; i tyle o nim wiem, ani  nie pisze, ani nie dzwoni, ani nie wraca. Nawet nie wiem, gdzie on jest, w jakim kraju.

Westchnęła głęboko, odwróciła głowę, a jej spojrzenie zatrzymywało się kolejno na meblach, by w końcu powędrować za okno.

„ Samotność jest , jak przestrzeń- pomyślała samotność jest , jak przestrzeń, której nie można ogarnąć, ani uciec od niej, przemierzamy ją często bezwiednie, i nie zawsze pomoc życzliwego sąsiada jest w stanie zapełnić lukę powstałą po utracie bliskich, i oddalić troski.

Staruszka nie ma innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z rzeczywistością, a więc zaakceptować i cierpienie i ból, a zwłaszcza przytłaczającą samotność , bo niczego już w swym życiu nie zmieni, czasem tylko wspomnienia pozwalają jej wędrować w przeszłość i przywoływać na pamięć tamte chwile,  kiedy miłość , praca, radość ale i smutek, czy chwilowe niepowodzenie , były czymś normalnym.  Starość, a zwłaszcza samotność wyeliminowały z jej  życia wszystkie te problemy, które dawniej, przed laty składały się na codzienność. Tęskniła do tamtych  chwil, wszyscy tęsknią, ale tylko niewielu przyznaje się do tego, bo to mogłoby wydać się żałosne, a niekiedy nawet śmieszne.

Sąsiadka weszła do pokoju ,ale zaraz wyszła i skierowała się do pomieszczenia obok, słyszałam jak się krząta, słyszałam szuranie przesuwanych krzeseł i skrzypnięcie  drzwi otwieranej szafy. Usiadłam na taborecie przystawionym do tapczanu. Patrzyłam na staruszkę, której przed chwilą zrobiłam znieczulenie, i teraz obie czekałyśmy, jak zacznie działać.

Dyskretnie rozglądałam się po pokoju Do  moich uszu dobiegł nagle daleki odgłos karetki jadącej na sygnale. Pomimo zaryglowanego okna, słyszałam ten ostry dźwięk wyraźnie, słyszałam , jak przemykał ulicami miasta, zanim  ucichł.

– Proszę pani, ja nie zawsze byłam sama – powtórzyła staruszka przerywając milczenie – ale teraz już od wielu  lat jestem sama. Dobrze , że odwiedza mnie sąsiadka, bo w przeciwnym razie, nie wiem co by się ze mną stało. Mąż mój umarł piętnaście lat temu,  tak piętnaście, już chyba mówiłam, a syn odkąd wyjechał za granicę, słuch wszelki o nim zaginął. Nie wiem, co się stało, ze zapomniał o starej matce. A ja jestem starą kobietą, a więc skazaną na łaskę obcych ludzi. Dobrze, ze jeszcze są dobrzy ludzie na świecie. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze młodą osobą, inaczej wyobrażałam sobie to wszystko – moją przyszłość; ale teraz nie mam już złudzeń- jest tak, jak jest i niczego już nie umiem zmienić. Myślę, ze niedługo odejdę tam – na drugą stronę. Pani wierzy, że coś tam  jest , i   że będziemy tam, gdy nas tu już nie będzie?

-Tak- odpowiedziałam. Staruszka popatrzyła na mnie.

-I mam nadzieję – kontynuowała swe rozważania- mam nadzieję, ze spotkam tam swoich bliskich: rodziców, rodzeństwo, a przede wszystkim męża; i może będzie znów , jak dawniej. Bo jeśli istnieje raj, to oni tam będą i przyjmą mnie z otwartymi ramionami, i żeby raj był w pełni rajem, to mam nadzieję, że spotkam tam  oprócz ludzi także zwierzęta i rośliny. Te  zwierzęta, które towarzyszyły nam w życiu, i kiedyś zabrakło także ich ; i rośliny, które tu   utraciły korzenie ze starości – tam rosną i cieszą oczy. Mam nadzieję,  bo żeby raj był rajem – musi być wszystko, czego dusza zapragnie, wierzy pani w to ?

-Nie wiem.

-Kiedyś , kiedy miałam jeszcze dobry wzrok, lubiłam czytać , przeczytałam wiele książek, o raju także. Teraz niestety nie mogę już czytać, jestem prawie ślepa, i nie mam także swojej biblioteczki. Wszystkie książki, jakie miałam, sprzedałam bo potrzebne mi były pieniądze : na leki, na opał, na życie; tak to jest. Staruszka zamyśliła się. W pokoju zapanowała cisza, mącona tylko rytmicznym tykaniem zegara wiszącego na ścianie pomiędzy szafą a wysoką półką, na której ustawiono kilka drobnych przedmiotów, aby zapełnić puste miejsca. Domyśliłam się, ze właśnie tutaj, na tej  półce staruszka kiedyś układała swoje książki. A teraz stary zegar tykając, przypominał i jej i mnie o przemijaniu czasu.

 

„ Tutaj jest raj- pomyślałam, gdy już po skończonym zabiegu , opuściłam mieszkanie staruszki odprowadzona do drzwi wejściowych przez życzliwą sąsiadkę – przecież tutaj są ludzie, dobrzy ludzie ; i zwierzęta i drzewa i piękne kwiaty; więc tutaj  też mógłby być raj. Tak niewiele przecież potrzeba; niewiele, aby radować się każdym dniem. Wystarczy tylko, aby ludzie uśmiechnęli się do siebie, a to naprawdę niewiele.

Zanim odjechałam spod budynku, odwróciłam jeszcze  głowę, aby spojrzeć na to mieszkanie, na szczelnie zamknięte okna, za którymi pośród  szarych ścian i zniszczonych mebli, mieszkała od lat staruszka, tęskniąca za rajem, podobnie jak i wiele innych osób : starszych i  młodszych, mężczyzn i kobiet, przemierzających  każdego dnia  zatłoczone ulice naszego miasta.

 

 

Wizyty domowe

Część IV

 

_ Mama od wielu  lat choruje na stwardnienie rozsiane – powiedziała kobieta zamykając za mną drzwi – i od wielu lat nie wychodzi z domu, ale ona nie chciałaby , aby pani usuwała jej te  zęby, może jeszcze uda się je uratować. Mama tak bardzo boi się wyrywania, dziś już od samego rana powtarza mi : „ poproś panią , aby uratowała mi te zęby, bo mam ich tak mało, to czym będę jadła”.

  • Proszę – kobieta wskazała mi drzwi z korytarza na lewo, ale wyprzedziła mnie i gwałtownym ruchem pchnęła drzwi, które otworzyły się z łoskotem, ukazując wnętrze niewielkiego pokoju. Wersalka, stolik i dwa fotele- oto całe umeblowanie pokoiku, który i tak sprawiał wrażenie zagraconego. Z trudem przecisnęłam się przez wąskie przejście  pomiędzy  wersalką a stolikiem. Staruszka siedziała w jednym z foteli  ustawionym pod ścianą. Spostrzegła mnie już w pierwszej chwili, gdy stanęłam w drzwiach jej pokoju. Włosy miała całkiem siwe i zaczesane do tyłu, co bardzo uwydatniło jej czoło, dlatego twarz staruszki wydała mi się bardzo szczupłą i  nadmiernie wydłużoną. Na moje pozdrowienie skinęła głową. Nogi miała owinięte cienkim pledem, którego końce opadały częściowo na podłogę. Zerkała na mnie, gdy stanęłam  naprzeciwko niej i zerkała także na walizeczkę, którą postawiłam obok fotela.  Coś – może strach i lekkie zawstydzenie, ale także ciekawość dostrzegłam w jej oczach. Nieczęsto odwiedzali ją ludzie. Przywykła do samotności, do długich godzin spędzanych pośród czterech  ścian. Przywykła  do kształtów od lat  tych  samych mebli, i do ciszy.  Zapewne zdawała sobie sprawę, choć może nie do końca, ze gdzieś tam , za oknem, a więc bardzo blisko; istnieje inny świat, niedostępny jej  świat, w którym ludzie żyją inaczej – intensywniej : biegają , pracują, bawią się- żyją pełnią  życia. Bliscy, którzy jej towarzyszyli, jeśli nawet otaczali życzliwością, nie mogli zapewnić jej tego wszystkiego, za czym już nawet nie tęskniła, a co przed laty zabrała jej choroba, skazując na wegetację, bez nadziei.

Zdawałam sobie sprawę, ze jestem intruzem w tym domu; i chociaż oczekiwano mojego przyjścia, to przekraczając próg jej pokoju, zakłóciłam  porządek dnia i wprawiłam staruszkę w zakłopotanie. Ale cierpienie, tylko cierpienie nad którym nikt z domowników nie potrafił zapanować, było przyczyną, ze poproszono mnie , abym pojawiła się tutaj.

Pacjentki nie trzeba było przekonywać o konieczności przeprowadzenia  zabiegu, godziła się na wszystko. Po chwilowej rozmowie ze mną, uświadomiła sobie, ze chwilowy ból, który może odczuwać w  trakcie zabiegu, to przejściowa przykrość, później już wszystko wróci  do normy.

  • Mama chciałaby bardzo, aby pani nie usuwała jej tego zęba- młodsza kobieta utkwiła we mnie badawcze spojrzenie – może jeszcze uda się go uratować, nie boli aż tak bardzo, prawda mamo, nie boli ?. Staruszka skinęła głową. Zauważyłam, ze córka jest dla niej kimś ważnym, osobą która o wszystkim decyduje , jest dla matki autorytetem .

Córka była kobietą w średnim wieku. Od pierwszej chwili postrzegałam ją  jako osobę energiczną, zdyscyplinowaną i zdolną do decydowania o wszystkim, co składało się na życie rodzinne. Jednocześnie wykazywała głęboką troskę o starą, niedołężną matkę, której spokojna egzystencja  właśnie od niej zależała. Obserwując kobiety pomyślałam, że tak jest dobrze, gdy ktoś czuwa nad drugim człowiekiem i troszczy się o jego potrzeby. Człowiek gubi się w życiu, gdy nie dzieli z nikim wszelkich trosk, ale także i radości – staje się pusty.

Staruszka i jej córka zerkały na moje ręce, a właściwie na narzędzia, których dotykałam przygotowując się do zabiegu.

 

  • A co będzie pani robiła z moim zębem- zapytała staruszka mrużąc oczy i otwierając usta.
  • Będę go leczyć- stwierdziłam i uśmiechnęłam się do niej – wyczyszczę go najpierw a później założę lekarstwo, ale zacznę od tego, że obejrzę wszystkie zęby, dobrze ?
  • Dobrze – odpowiedziała staruszka- ale nie wyrwie mi go pani ?
  • Nie , nie wyrwę- oznajmiłam spoglądając na moją walizeczkę; przez chwilę zastanawiałam się, które z narzędzi będzie przydatne podczas zabiegu; sięgnęłam do jej wnętrza i wydobyłam pojemniczek z wiertłami Kobiety obserwowały każdy mój ruch. Usiadłam na niskim taborecie, który wcześniej ustawiłam obok fotela, aby znaleźć się jak najbliżej pacjentki. Wzięłam w dłonie narzędzia. Staruszka, jak na rozkaz otworzyła usta, ale po chwili zamknęła i chwyciła mnie za ręce
  • To nie wyrwie mi go pani- próbowała upewnić się.
  • Oj, mamo ! – usłyszałam za plecami głos córki – pozwól pani na wykonanie zabiegu.
  • No, dobrze – powiedziała staruszka i otworzyła usta aby  niemal natychmiast znów je zamknąć.
  • A oglądała pani telewizję ostatnio ?- zapytała przełykając głośno ślinę.
  • Mamo, mamo, przecież pani nie przyszła tu po to, aby rozmawiać z tobą o polityce.
  • A dlaczego nie ? Możemy przecież porozmawiać – stwierdziła staruszka spoglądając na mnie, to  znów na córkę. Po chwili namysłu otworzyła usta , i już teraz, zachowując spokój i opanowanie, pozwoliła na rozpoczęcie zabiegu. Mogłam  więc  bez pośpiechu, planując każdą czynność, oczyścić ząb i założyć opatrunek leczniczy. Ale kiedy już kończyłam pracę, staruszka nagle jedną dłonią chwyciła moją rękę, a drugą wyjęła sobie z ust narzędzie, którym próbowałam wygładzić dopiero co założony opatrunek.
  • A widziała pani, jak politycy ciągle się kłócą, o nic, o drobiazgi, przecież tego nie można już oglądać. Czy oni nie widzą , jak naród cierpi – wyrzuciła z siebie jednym tchem a zaraz potem wypluła drobne okruszki i resztki ligniny do miseczki, którą córka podłożyła jej pod brodę – pani nie ogląda telewizji , bo nie ma pani czasu, wiadomo, ale ja tu siedzę cały dzień to nieraz popatrzę; i co widzę, nic, tylko bez przerwy tych samych polityków : zakłamanych i aroganckich; tacy są wszyscy, bez wyjątku, bez względu na to, z jakiego ugrupowania się wywodzą.
  • Ojej , mamo, może panią to nie interesuje – córka spojrzała na mnie- co teraz będzie z tym zębem?
  • Włożyłam lekarstwo, musi ono pozostać w zębie przez tydzień, ale gdyby działo się coś złego, gdyby pojawiły się dolegliwości, to proszę dzwonić, przyjadę wcześniej.

Kobieta skinęła głową i popatrzyła na matkę.

  • To nie usunie mi pani tego zęba, uratuje mi go pani, tak ? – zapytała staruszka, gdy Już wkładałam narzędzia do walizeczki. A kiedy opuszczałam jej pokój , pomachała mi ręką i zawołała- Kiedy pani znów do mnie przyjdzie ?!
  • Za tydzień-
  • To dobrze, dobrze, że mi go pani nie wyrwie – powiedziała bardziej już do siebie niż do nas – jeszcze da się go uratować, to dobrze. Była zadowolona.

Wyszłam przed budynek. Późne popołudnie uwolniło ulice z hałasu, który  najbardziej przybiera na sile o tej godzinie, kiedy ludzie wracają z pracy, a dzieci ze szkoły.  Teraz jest pora spożywania posiłków, odrabiania domowych prac, oglądania telewizji lub planowania zajęć na dzień następny.  Jednak z nadejściem wieczoru ulice znów ożywają warkotem  silników przejeżdżających samochodów, głośnymi rozmowami i stąpaniem szybkich kroków. Ludzie odwiedzają otwarte jeszcze sklepy, albo kawiarnie lub zwyczajnie spacerują po  uliczkach osiedla. Popatrzyłam na szarą od kurzu zieleń i  przywiędłe kwiaty na rabatkach, na które od wielu dni nie spadła kropla deszczu.

Po drugiej stronie ulicy było przedszkole. Zobaczyłam, jak kilka młodych kobiet wychodzi z budynku prowadząc za rączkę swe pociechy, a dzieci dreptały obok matek, rozglądając się na wszystkie strony. Niewiele  jeszcze te  małe istotki pojmowały  z otaczającego je świata, w tym wieku wszystko wydaje się niezwykłe, wszystko co znajdzie się w zasięgu  ich wzroku. A świat dla nich  najczęściej  zaczyna się i kończy w objęciach matki, tam czują się najbezpieczniej., niczego więcej nie pragną. I przemknęło mi nagle przez myśl, ze kiedyś tam, gdy te dzieci dorosną, i będą miały tyle lat, ile ja mam teraz, to mnie już nie będzie, a jeśli nawet będę – moje  życie stanie się zapewne bezustannym borykaniem z problemami, jakie nieodłącznie towarzyszą starości. Przypomniałam sobie twarz młodej dziewczyny, która pracowała jako wolontariuszka w jednym z hospicjów : Czy pani sądzi, ze byłabym szczęśliwą osobą, gdybym stała obok-powiedziała mi któregoś dnia, podczas chwilowej pogawędki- czy byłabym szczęśliwszą, gdybym prowadziła wesołe, beztroskie życie, patrząc z dystansu na ludzkie cierpienie. „Teraz stojąc na ulicy, pośród  bloków i osiedlowych sklepików, przypomniałam sobie nagle twarz tej dziewczyny i jej słowa. Zobaczyłam ją oczyma wyobraźni, wyraźnie, jakby minęło zaledwie kilka dni od naszej rozmowy; a przecież nie widziałam jej już bardzo długo, i nawet nie wiem, czym się teraz zajmuje, czy nadal udziela się społecznie. Poszłam w stronę parkingu. Słońce ześliznęło się po szybie samochodu i oślepiło mnie. Zanim zajęłam miejsce w samochodzie zarzucił mi na twarz włosy gwałtowny  podmuch wiatru, który zaraz potem  przerzucił zeschnięte liście i źdźbła z jednej strony ulicy na drugą. Przekręciłam kluczyk w stacyjce i ruszyłam przed siebie. Samochód podskoczył na nierównej nawierzchni. Długo jeszcze krążyłam po wąskich osiedlowych uliczkach, zanim wyjechałam na  główną ulicę miasta. Nie spieszyłam się donikąd; już od pewnego czasu staram się żyć bez pośpiechu; to ułatwia lepsze postrzeganie i analizowanie  wszystkiego, co nas otacza, a więc ludzi, świata przyrody; i wszelkich zjawisk, których dotychczas nie zauważałam, albo widziałam je niezbyt wyraziście. Teraz jest inaczej, teraz już nauczyłam się odliczać godziny i minuty swojego  życia, wsłuchując się codziennie w rytm uderzeń mojego serca.

 

 

 

Wizyty domowe

Część V

 

  • Wojtuś , Wojtuś , połóż się, najlepiej będzie, jak się położysz- powiedziała kobieta do mężczyzny, który próbował zwlec się z wersalki, ale jego ciało stawiało opór. Przy każdej próbie przemieszczenia się, opadał na jeden to znów na drugi bok. Na ogolonej głowie  mężczyzny, tuż nad prawym uchem, zauważyłam szeroką bliznę. W pokoju unosił się mdławy zapach lekarstw, i zapach potu. Mężczyzna ciężko oddychał; otwierał, to znów  zamykał usta, jakby chciał wyrzucić z siebie jakieś słowo.
  • Dobrze, dobrze – powiedziała kobieta poprawiając poduszkę, na której zaraz po chwili chory ułożył głowę. Nic nie mówił i teraz nie próbował nawet otwierać ust. Rozglądał się po pokoju, jakby nagle znalazł się w nieznanym sobie miejscu. Obserwują go przeczuwałam, że mogę mieć trudności w nawiązaniu z nim kontaktu, a to nie ułatwi mi pracy, ale na to przecież powinnam być  Liczyłam na pomoc kobiety. Zauważyłam, że chory i jego żona, zwłaszcza jego żona, traktują chorobę z pewnym rodzajem akceptacji. Chociaż w dużym stopniu zakłóciła  ona ustabilizowane życie rodziny. Zauważyłam także, że tych oboje, godzi się na wszystko, co zsyła im los, bez słowa sprzeciwu. Coś, co dawniej wydawało się im nierealne, teraz stanowiło codzienną rzeczywistość, z którą musieli się już pogodzić, wiedząc że nic tu nie da się już zmienić, pomimo wewnętrznego buntu, który  towarzyszy  zawsze każdemu cierpieniu.

W pokoju panował nieład.  Na stoliku i na krześle porozrzucano części bielizny I puste opakowania po lekach. Mieszkanie wydawało mi się bardzo zagracone, ustawiono w nim mnóstwo sprzętów, których przeznaczenia zaledwie domyślałam się, ale widocznie były niezbędne rodzinie do jej codziennego bytowania.

  • Przepraszam, straszny tu bałagan- głos kobiety wyrwał mnie z zamyślenia – ale jak to przy chorym, posprząta się ,a za chwilę znów jest bałagan – próbowała się usprawiedliwiać.

Usiadłam na krawędzi wersalki obserwując  chorego.

  • Pani wyrwie ci tego zęba- powiedziała kobieta- bo już dokucza ci tak długo.
  • Najpierw obejrzę – odparłam otwierając walizeczkę z narzędziami.

Mężczyzna uniósł nieco głowę znad poduszki i zaczął gwałtownie wymachiwać rękami.

  • Wyrwać, wyrwać, wyrwać !- krzyknął nie przestając wymachiwać tuż nad swoją

Głową – wyrwać ,wyrwać, wyrwać – powtarzał.

  • Dobrze, dobrze, Wojtuś – powiedziała kobieta poprawiając poduszkę – pani na pewno

ci pomoże. Mężczyzna uspokoił się ale tylko na chwilę. Później zaczął znów krzyczeć i szarpać pościel. Obserwując go, zastanawiałam się w jaki sposób przystąpić do zabiegu i czy uda mi się zrobić cokolwiek. Wciąż liczyłam na pomoc kobiety; nie byłam jednak pewna, czy ona będzie umiała mi pomóc. Wiedziałam, ze nie będzie łatwo. Mężczyzna uspokoił się trochę, przyglądał się teraz nam- to zerkał na żonę, to znów  na mnie.

  • Wyrwać, wyrwać – powtórzył i zaraz po chwili położył głowę w zagłębieniu poduszki, jakby chciał zasygnalizować nam, że jest już przygotowany do zabiegu.

Leżał z twarzą odwróconą ku nam, prawie nieruchomy, jak przedmiot. Rozdrażnienie nagle ustąpiło miejsca spokojowi. W tej chwili był obojętny na wszystko, co się wokół niego  działo , więc także nie protestował ,ani nie krzyczał, gdy wykonywałam wstrzyknięcie ze środka znieczulającego. Nie reagował również, gdy przygotowywałam narzędzia, które przypuszczałam, ze będą mi potrzebne podczas zabiegu. Wciąż jednak obawiałam się , czy wszystko uda mi się przeprowadzić tak , jak zaplanowałam – bez komplikacji. Jednak przystępując do pracy, także zdawałam sobie sprawę, ze oto leży przede mną  ciężko chory człowiek, zdany na łaskę swoich najbliższych, a ja przyszłam po to, aby mu pomóc. Wiedziałam o tym, z chwilą, gdy przekroczyłam próg tego mieszkania. Teraz liczyło się tylko zdecydowane działanie, bo tylko takie może dać oczekiwany efekt.  Teraz jeszcze przez kilka chwil musiałam czekać. Nic się nie działo, jakby czas na moment spowolnił swój bieg.  Pacjent był spokojny, leżał wodząc wzrokiem po ścianach; nie reagował nawet, gdy dotykałam jego twarzy.  Ząb usunęłam leżąc obok niego na wersalce. Nie było większych problemów; a jego żona trzymając w dłoniach nocną lampkę, kierowała strumień światła na  twarz chorego i w ten sposób pomagała mi podczas zabiegu. Pacjent zniósł zabieg nadspodziewanie dobrze. Leżał później już wyraźnie odprężony, z przymkniętymi powiekami; ale nie spał , oddychał spokojnie, jakby od dawna czekał na tę chwilę – chwilę spokoju i ciszy, już bez cierpienia.

Popatrzyłam na kobietę. Łagodnym spojrzeniem  ogarnęła chorego i zaraz potem uśmiechnęła się do mnie.

Zebrałam narzędzia i po kilku minutach opuściłam to mieszkanie. Przystanęłam na chwilę  przed klatką schodową, już na zewnątrz budynku. „ Gdzie są granice ludzkiej wytrzymałości „? – pomyślałam. Nie potrafiłam sobie tu i teraz odpowiedzieć na to pytanie; i myślę, ze nikt zapytany nagle, nie  potrafiłby udzielić  jednoznacznej odpowiedzi. Ludzie potrafią cierpieć razem, i chociaż głośno o tym nie mówią; można dostrzec w każdym ich geście, i w każdym słowie, wspólnotę w cierpieniu. Nie bez znaczenia jest tu  fakt, ze przeżyli ze sobą wiele lat; ale przede wszystkim decyduje  o tym uczucie – uczucie niekiedy zaledwie dostrzegalne, jednak jego blask jest we wszystkim; we wszystkim , co mówią i co czynią, i w ciągłym przebywaniu obok siebie. Nie zastanawiają się nawet nad tym, po prostu tak jest, i to jest naturalne. Teraz choroba, która przykuła mężczyznę do łóżka, podporządkowała życie całej rodziny. Wszystko nagle przestało być takie , jak dawniej. Tych dwoje żyje tylko teraźniejszością; może  nieraz rozpamiętywali dawne chwile, kiedy byli młodzi i szczęśliwi, i snuli plany na przyszłość. Dzisiaj przyszłość  to coś, czego nie sposób sobie nawet wyobrazić. Ktoś nagle odciął wszystkie drogi wiodące ku niej, nie rzucając nawet okruchów  nadziei.

W życiu każdego z nas  jest taka godzina, kiedy nawet najodważniejsi tracą odwagę. I nie wiadomo, kiedy ona nadejdzie : rano, w południe, wieczorem, czy nocą ; wiadomo, ze nadejdzie; i później nie będzie już nic, ani wspomnień, ani nadziei – nic.

 

Rozmowa

blog_rl_4793822_7357465_tr_23cc

Do budynku hospicjum wchodziło od strony parkingu, a nie jak dawniej, od ulicy, był on nieco oddalony od pozostałych zabudowań szpitala, trochę na uboczu.

  Pielęgniarka przywitała mnie w otwartych na oścież  drzwiach dyżurki.

  • Dobrze- stwierdziła zapraszając mnie do środka niewielkiego pokoiku, w którym zmieściło  się zaledwie biurko, dwa krzesła i niewielka szafka – cieszę się, że pani przyszła, bo dziadunio naprawdę cierpi, pobolewa go ten ząb już od kilku dni i przeszkadza, bo jest bardzo rozchwiany. Za chwilę pójdziemy na salę, gdzie leży ten pacjent..

 Pielęgniarka popatrzyła na walizeczkę, którą ze sobą przyniosłam. Wkładam do niej zazwyczaj te narzędzia, które prawdopodobnie będą mi potrzebne  do wykonania zabiegu; to łatwo przewidzieć, nie trzeba więc dźwigać zbędnych rzeczy a w walizeczce panuje porządek.

  – Tak –  pielęgniarka przyglądała mi się z ciekawością – tak, tak, proszę pani, mamy tutaj ciężkie przypadki; choroby nowotworowe zaawansowane już z licznymi przerzutami do węzłów chłonnych i narządów, a najwięcej pacjentów już w  stanie terminalnym; dobrze że pani przyszła – powtórzyła – bo nie wiem, jakbym poradziła sobie z tym problemem. Pielęgniarka nagle  uśmiechnęła się. – Muszę panią  uprzedzić, że pacjent jest gadatliwy, pomimo choroby zachował jeszcze dość dużo sił witalnych, jest  rozmowny i bardzo lubi wspominać dawne czasy kiedy był młodym i zdrowym mężczyzną. Opowiada tak, jakby te wszystkie  historie wydarzyły się wczoraj lub zaledwie kilka dni temu. Rokowanie jest u niego złe, cierpi na nowotwór trzustki z przerzutami nawet do odległych narządów. Stan jego zdrowia pogarsza się z dnia na dzień. Przebywa  tu u nas już od dwóch miesięcy, nie ma nikogo bliskiego , kto by się nim zajął, nawet nikt go tu nie odwiedził, ani razu. Chce pani zobaczyć   historię choroby pacjenta ?

  • Tak, chcę, chcę zapoznać się z wynikami morfologii .

 Pielęgniarka  wyjęła z teczki dokumentację i zaczęła ją przeglądać, ale zaraz potem odłożyła wszystko na biurko i podała mi niedużą kartę papieru.

  • Wyniki aktualne, kilka dni temu wykonane w naszym laboratorium – stwierdziła.

 Przebiegłam wzrokiem po karteczce.

  • Dobrze- powiedziałam po chwili zastanowienia i oddałam kartkę pielęgniarce – dobrze, chodźmy do pacjenta.
  • Tu leży blisko, na sali obok- powiedziała i wyszła z dyżurki. Podążyłam za nią.

Weszłyśmy na salę. Pacjent zajmował łóżko przy oknie. Był to mały, kościsty staruszek o twarzy  zniekształconej licznymi i głębokimi zmarszczkami, i o wąskich, zapadniętych ustach, które co chwila poruszały się, jakby pacjent  chciał coś przełknąć lub chwytał w płuca powietrze. Siedział na krawędzi łóżka.  Ożywił się na nasz widok.

  • No, widzi pan, panie Józefie, przyprowadziłam panią dentystkę, jak obiecałam.

Staruszek uniósł głowę i spojrzał na pielęgniarkę, a po chwili przeniósł wzrok na mnie. Jego usta  znów poruszyły się.

  • Dobrze- powiedział słabym, ledwie słyszalnym głosem- dobrze – powtórzył zaraz, nieco głośniej. Przesunął się, aby być bliżej mnie. – O, ten – powiedział i otworzył szeroko usta wskazując palcem ząb- przeszkadza, bo się cały czas rusza i nie mogę przez niego nic jeść a nawet pić.
  • Dobrze, zaraz się tym zajmę- powiedziałam otwierając walizeczkę z narzędziami.

 Pielęgniarka położyła rękę na ramieniu chorego i spojrzała na mnie.

  • Zostawię tutaj panią z pacjentem, bo muszę iść do dyżurki. Wyszła zamykając za sobą drzwi. Zostaliśmy sami. Pacjent nie spuszczał ze mnie wzroku, przekrzywiał głowę , jakby chciał obejrzeć mnie ze  wszystkich stron.
  • – to ty jesteś dentystką, i wyrwiesz mi ten brzydki ząb ?- zapytał
  • Tak
  • To dobrze, to bardzo dobrze, nie będę się już męczył- stwierdził i wysunął dolną wargę, żeby pokazać mi , w którym miejscu jest ząb. Obserwował moje ręce, obserwował uważnie, gdy wyjmowałam z walizeczki narzędzia i układałam je na stoliku obok łóżka.
  • Ile masz lat ? – zapytał nagle nie spuszczając ze mnie 
  • Czterdzieści trzy.
  • To mogłabyś być moją córką –stwierdził, przekrzywił głowę, jakby chciał obejrzeć mnie jeszcze dokładniej.- Masz rodzinę ?
  • Tak
  • Mąż dobry jest dla ciebie?
  • Dobry
  • Nie pije, nie bije?
  • Nie
  • To dobrze- stwierdził, i po chwili zastanowienia dodał – najważniejsze, żeby w domu była zgoda, no i oczywiście także zdrowie, to bardzo ważne, żeby nikt nie chorował.

Staruszek zamyślił się. Zauważyłam, że mówienie sprawia mu trudność. Chwytał powietrze, jak ryba wyjęta z wody – Najważniejsze to  zdrowie – powtórzył – bo jak jest dobre zdrowie, nikt nie choruje, to inne sprawy ułożą się  wcześniej lub później  i będzie dobrze.  A jak w dom wejdzie choroba, to nic się nie klei, i życie całej rodziny podporządkowane zostaje nagle tylko temu problemowi- walce o zdrowie, a często nawet życie, bliskiej osoby. Staruszek zamilkł na chwilę , jednak  z dalszej rozmowy ze mną nie zrezygnował. Pomyślałam, że jest bardzo spragniony kontaktu z drugim człowiekiem, i takiej  zwykłej rozmowy, z przypadkiem napotkaną osobą. I właśnie ja pojawiłam się nagle obok niego, więc będzie mógł wyrzucić z siebie kilka zdań, choćby tylko kilka, zanim stąd odejdę, i znów zostanie sam, ze swymi problemami; wpatrzony w jeden punkt na ścianie.

  • Nie mam z kim rozmawiać- stwierdził tak, jakby odczytał moje myśli- tutaj wszyscy są zabiegani; pracują od rana do nocy, i w nocy też. Nikt mnie nie odwiedza. Kiedyś tylko, któregoś dnia, ale już dawno, przyszedł do mnie znajomy – kolega z pracy, razem uczyliśmy w jednej szkole przez wiele lat; on uczył geografii, a ja – języka polskiego. To dawne, bardzo dawne czasy, myślałem, że już mnie nie pamięta, a jednak odwiedził mnie.  Poza nim nikt już tu nie przyszedł i nie przyjdzie. Żona moja umarła piętnaście lat temu, tak, chyba piętnaście- zastanawiał się przez chwilę- piętnaście, piętnaście – powtórzył. Mam syna, ale on jest daleko; nie wiem, w Anglii  a może w Irlandii, nie wiem, bo od kilku  lat nie miałem  od niego żadnej wiadomości, ani dobrej, ani złej. Nigdy nie zadzwonił i nie przysłał listu lub choćby małej karteczki; przepadł bez śladu, jak kamień w wodę. Wyjechali kilka lat temu: on, jego żona i ich mały synek, bo tutaj nie mogli znaleźć pracy, więc wyjechali. A ja czekam, wciąż czekam na wiadomość od nich, nadaremnie, nawet nie wiem , jak po tylu latach wygląda mój wnuczek, nieraz próbuję sobie go wyobrazić. Na pewno urósł i jest mądrym  chłopczykiem, i chodzi do szkoły. Tak to jest, widzisz, moja miła, tak to jest. Staruszek opuścił głowę i patrzył na końce swoich stóp. Nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć w takiej chwili. Stałam przy łóżku, zerkając na niego.  Poruszał  nerwowo ustami, jakby zamierzał coś jeszcze powiedzieć, lecz milczał, westchnął cicho i powiódł wzrokiem po sali. Od pierwszej chwili, jak tylko pojawiłam się na  sali, obok niego, zauważyłam, że ma problemy z oddychaniem, pielęgniarka też coś o tym wspominała.

-Wiesz, miałem też drugiego synka – powiedział po chwili przyciszonym głosem- miałem, ale nie mam. Lekarze od razu nam powiedzieli, że dziecko nie ma szans na przeżycie. Urodził się z wadą serca, nie do wyleczenia. Obecnie to może  by go uratowali, ale wówczas, wiele lat temu, technika medyczna nie była na takim poziomie, jak dzisiaj. Przychodziłem do szpitala codziennie i siedziałem przy nim przez kilka godzin, tak długo , jak tylko było to możliwe, póki ktoś z personelu nie poprosił, abym opuścił oddział. Dziecko leżało w inkubatorze podłączone mnóstwem przewodów i rurek do aparatury, która podtrzymywała w nim życie. Chwilami otwierał swoje małe oczka, i wydawało mi się, że jego spojrzenie jest takie mądre; patrzył, jakby wiedział, co się wokół niego dzieje. A kiedyś raz spojrzał na mnie, i to tak,  jakby chciał mi coś powiedzieć. „ Tato, ratuj mnie ! „ Nie wiedziałem, co począć, byłem bezsilny; a lekarze, widziałem, robili, co było w ich mocy. Aż któregoś dnia, te małe mądre oczka zamknęły się i już więcej nie otworzyły… – Staruszek zamilkł, potarł  dłonią po czole, siedział przez chwilę wpatrzony w ścianę, lecz zaraz  uniósł głowę i spojrzał na mnie. – Ale po co ja ci to opowiadam ?- stwierdził – może cię to nie interesuje – przyglądał mi się badawczo.

  • Dobrze, dobrze – odpowiedziałam – owszem, interesuje.
  • Teraz byłby już dorosłym mężczyzną. Czasami próbuję wyobrazić sobie, jakby on dzisiaj wyglądał. Pewnie miałby już żonę i dzieci; i może  też   wyjechałby  za granicę w poszukiwaniu lepszego  życia. Nie wiem. Długo nie mogłem pogodzić się z jego śmiercią. Z nikim  o tym nie rozmawiałem, nawet z żoną. To niepojęte, jak bardzo można pokochać taką małą istotkę, która zaledwie na chwilę pojawiła się w naszym życiu. To niepojęte. W sercu pozostała blizna. Moja żona płakała przez wiele dni i wiele nocy. Straciła apetyt, zamknęła się w sobie, zdawała się nie dostrzegać nikogo i niczego wokół siebie.  Zobojętniała na wszystko, jakby wraz z naszym synkiem umarła także cząstka niej. Zawalił się nasz świat. Później stopniowo, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, odzyskiwaliśmy siły, i z coraz większym zaangażowaniem rozwiązywaliśmy nasze  problemy- problemy całej rodziny,  i  na nowo uczyliśmy się  cieszyć  się każdą chwilą. Mieliśmy przecież dziecko, naszego starszego synka, który wówczas miał zaledwie cztery lata; i trzeba było poświęcać mu dużo uwagi, był dla nas  naszym największym skarbem, jedyną radością  życia. Tak to się w życiu układało. A teraz ten mój chłopak mieszka gdzieś daleko i o ojcu starym zapomniał. Pacjent gwałtownie poruszył się na łóżku. Pomyślałam, że chce wstać, ale on tylko przesunął poduszkę.
  • No, kiedy wreszcie wyrwiesz mi ten ząb ? – zapytał nagle- zobacz , jak mi przeszkadza, rusza się, boli, nawet nie mogę się niczego napić.
  • Jak ja mam go usunąć, kiedy pan cały czas coś do mnie mówi, nie mam takiej możliwości- stwierdziłam uśmiechając się do niego.
  • No tak, to prawda, ale wyrwiesz mi go dzisiaj, Jak już nie będę tyle mówił ?
  • Dobrze, dobrze.
  • Myślisz, ze to tak łatwo przestać rozmawiać, jak się było przez większość życia nauczycielem, i trzeba było prowadzić lekcje przez kilka godzin dziennie; i trzeba było gadać, gadać i gadać; a młodzież i tak nie chciała słuchać. Uczniowie mieli nieraz takie pomysły, że aż normalnemu człowiekowi, nie chciało się to wszystko pomieścić w głowie. Teraz nie mam z kim rozmawiać, a do siebie nie będę gadał, bo  ludzie pomyślą, że zwariowałem ; każdy tutaj żyje własnym życiem ; lekarze, pielęgniarki- mają codziennie tyle problemów, więc trzeba ich podziwiać, że tak dobrze ze wszystkim sobie radzą. A pacjenci ? Wiadomo, tutaj nie prowadzi się dyskusji. Czas rozmów minął, trzeba zamilknąć; tutaj  czeka się na śmierć.
  • Trzeba wierzyć, trzeba być optymistą- wtrąciłam.
  • Moja droga, dobrze wiesz, jak i ja, że tu nie można być optymistą, bo w tym miejscu, po prostu się umiera, i nie ma tu miejsca na optymizm,  podarowano  nam tylko czas , abyśmy mogli przygotować się, na tę ostatnią chwilę, więc czekam. A wiesz, nieraz wydaje mi się, że jak będę dużo rozmawiał, to jeszcze trochę pożyję, bo przecież wiadomo, że śmierć nie przychodzi tak prędko do tych, którzy dużo i bez przerwy gadają, bo wiadomo, że takim chce się żyć, skoro mają jeszcze tak wiele do powiedzenia, jeszcze się nie poddali. A jak ktoś tylko leży i leży, nie wypowie ani słowa, nie chce jeść, i jest obojętny na wszystko, to znaczy, że już  skapitulował. I właśnie do takich chorych śmierć przychodzi najprędzej. Czy ty myślisz, że ja się nie boję ?- utkwił  we mnie pytające spojrzenie- boję się , oczywiście. Czy ty myślisz, że niczego mi nie żal ? Żal, oczywiście, wszystkiego mi  żal; ale jednocześnie wiem, że czasu  nie cofnę; i już nic nie będzie, jak dawniej, jak jeszcze całkiem nie tak dawno. Myślę, a nawet jestem pewien, że wszystko ułożyłoby się inaczej, gdyby żyła moja żona. Miałbym przy sobie kogoś, kto by mnie wspierał. Wspólne pokonywanie trudności, daje lepsze efekty, łatwiej odnosić sukcesy; i myślę także, że nasz syn nie wyjechałby za granicę,  gdyby żona żyła; on bardzo kochał mamę.Staruszek zamilkł, wykonał głęboki wdech, jakby chciał zaczerpnąć w płuca jak najwięcej powietrza tyle , ile tylko jego płuca zdołają pomieścić.   Rozglądał się po sali, zanim jego wzrok spoczął na stoliku, na którym ułożyłam narzędzia.
  • Czy ty dzisiaj wyrwiesz mi ten ząb ?
  • Tak, nawet już wszystko przygotowałam, wszystkie narzędzia, które będą mi potrzebne.
  • A skąd wiesz, które będą potrzebne ?
  • Nauczyłam się przewidywać.
  • Widzisz, zęby też mi wypadły, to wszystko przez te leki – stwierdził – wypadły w krótkim czasie, i kości też stały się kruche , a skóra – szorstka i sucha. Tak to już jest i nic się na to nie poradzi.

  Rozłożyłam kuwetę z narzędziami na stoliku, a stolik przysunęłam bliżej łóżka. Pacjent przechylił głowę i spojrzał na instrumenty.

  • Ojej !- powiedział głośniej i machnął ręką- teraz się zacznie !
  • Proszę się nie bać, na pewno nic złego się nie stanie- pocieszyłam go.
  • Poczekaj- chwycił mnie za rękę- poczekaj, chciałem jeszcze coś ci powiedzieć, teraz bo później, po zabiegu to już nie będę mógł mówić, a to dla mnie jest najgorsze.
  • Tak, tak proszę, słucham.
  • Ostatnio, jeszcze zanim zachorowałem, chodziłem na obiady do takiej jadłodajni, tanie obiady, płaciłem niewiele. Znajoma załatwiła mi talony, załatwiła w Centrum Opieki Społecznej i mogłem chodzić na te obiady, bo sam nie umiałbym niczego dobrego sobie ugotować, tym zawsze zajmowała się żona, a gdy umarła – biedowałem. I nierzadko bywało, że cały dzień nic nie jadłem. Czasem ugryzłem tylko kawałek chleba i popiłem herbatą, i to był mój posiłek. Chętnie więc przychodziłem do tej jadłodajni. Zjawiałem się tam wczesnym popołudniem. Było tam zawsze już kilka osób i co chwila zjawiały się kolejne. Jedzenie było nie najlepsze, ale można było się pożywić.  Kucharka ,kobieta w średnim wieku, wysoka, puszysta, w milczeniu nakładała na talerze obiad i podawała przez okienko  , tym którzy podchodzili. Później, gdy już wydała posiłki, stała jeszcze przy okienku, oparta łokciami o ladę i przyglądała się , jak ludzie jedzą z apetytem to ,co nałożyła im  na talerz. Do jadłodajni przychodzili różni ludzie. Byli to zazwyczaj biedni ludzie, opuszczeni, chorzy i samotni; i również tacy,  za którymi  wódka „ wlokła się „ przez całe życie. Któregoś dnia przyszedłem do jadłodajni  później, niż zazwyczaj, usiadłem przy stoliku i zacząłem jeść obiad, a właściwie tylko to, co im zostało w garnkach po całym dniu. Zjawił się wtedy tam  taki człowiek, widywałem go nieraz, jak błąkał się po mieście i często szukał resztek w pojemnikach na śmieci.  Był brudny, obdarty

i dawno się nie golił. Obserwując go, miałem wrażenie, że nie jest  jeszcze starym człowiekiem, ale zarazem trudno było  określić jego wiek, choćby w przybliżeniu. Właśnie tacy ludzie wyrzuceni poza margines, wyglądają na starców, nawet gdy nimi  jeszcze nie są.

„- Co ja ci tu dam, chłopie – powiedziała do niego kucharka, gdy podszedł do okienka – co ja ci tu dam, nie mam już niczego , wszystko zjedli”.

„ – Choćby tylko kromeczkę chleba- powiedział stłumionym głosem i spojrzał błagalnie na kucharkę – choćby tylko kromeczkę”.

„-Poczekaj-  kucharka odwróciła się – mam jeszcze trochę  ziemniaków i sosu , mogę ci to dać”-  Kucharka odeszła od okienka- „ Hanka, nałóż kartofli i polej sosem ! „ – zawołała do kobiety, którą dostrzegłem w głębi pomieszczenia, ustawiającą  talerze i garnki na półce. W chwilę później mężczyzna zjadał ze smakiem zimne ziemniaki, a sos spływał mu po brodzie, tworząc na zaroście długie mokre  strużki. Nie zobaczyłem go już nigdy więcej w jadłodajni, zniknął gdzieś, nie pojawiał się ani na ulicy, ani przy śmietnikach, jakby się rozpłynął. Widzisz, taki to jest ludzki los. Jednym powodzi się lepiej, a inni przez całe życie nie potrafią stanąć na nogach. Jakoś ten świat  jest źle urządzony, nie sądzisz ?

  • Nie wiem, może tak- odpowiedziałam.
  • Jedni przymierają głodem- kontynuował- a inni żyją w luksusie, i niczego tu się nie zmieni. Zły los jest jak garb, trzeba go dźwigać, bo przecież nie można go  zrzucić, tak trudno zmienić coś w swoim życiu. A wiesz, ludzka natura jest taka, że  to miejsce, gdzie człowiek dostaje jeść, darzy sentymentem, zwłaszcza człowiek samotny, bezdomny i zagubiony, jakby tam, właśnie tam była namiastka jego domu. Wyobraź sobie, ze także ja często już pod koniec dnia, spacerowałem  w pobliżu jadłodajni   nawet, gdy wiedziałem , że jest już  dawno zamknięta. I nierzadko, gdy pogoda była ładna, przysiadywałem na ławeczce w pobliżu  jadłodajni, nieraz bardzo długo , póki nie zapadł zmierzch. Obserwowałem ludzi, bardzo lubiłem ich obserwować. Przechodzili obok mnie : młodzi, starsi, kobiety, mężczyźni, matki z dziećmi, ludzie zabiegani, i tacy, którym nie spieszy się donikąd, zawsze mają czas. Ja też miałem czas, zbyt dużo czasu. Nie spieszyłem się do pustego mieszkania, które niegdyś tętniło życiem, bo byli tu przy mnie moi bliscy: żona i syn. Żona umarła, syn wyjechał; mieszkanie opustoszało i wszystko się zmieniło, nic już nie było takie, jak dawniej.

Przyznam ci się szczerze, że kiedy tak siedziałem na tej ławeczce, najbardziej lubiłem spoglądać na młode kobiety : piękne, pełne życia, tryskające zdrowiem, radością i wdziękiem. Jeśli ktoś , jak ja, stracił sens życia, to widok tych pięknych, młodych kobiet podnosił go na duchu, przywracał radość jego życiu, choć na chwilę. I wiesz, o  czym  wówczas często myślałem, żeby obsypać taką dziewczynę kwiatami- całą od stóp do głowy; i później zdejmować delikatnie, powoli po jednym płateczku; i delektować się urodą kwiatów, a tak naprawdę pięknem ciała młodej kobiety, i pragnąć jej. Staruszek odwrócił wzrok od okna i spojrzał na mnie.

  • Czemu się śmiejesz ?- zapytał – to normalne, każdy zdrowy mężczyzna ma podobne marzenia, i z wiekiem wcale to nie mija, wiek nie ma tu większego znaczenia. Starość jedynie sprawia, że marzenia pozostają tylko marzeniami. – stwierdził i również uśmiechnął się. Wy, kobiety- kontynuował- wy , kobiety patrzycie na świat inaczej, może to dobrze, że się różnimy, kobiety zawsze wzbudzają w nas dziwny niepokój, ale to miłe uczucie. Moja żona nierzadko powtarzała, że mnie nie rozumie. Przyznam, że ja też nie zawsze ją rozumiałem, ale mimo to byliśmy szczęśliwym małżeństwem. Nie wiem, czy z inną kobietą byłbym szczęśliwszym człowiekiem, może tak, a może nie. Nie wiem i już się tego nie dowiem. Kiedyś dawno, kiedy poznaliśmy się, od pierwszej chwili szliśmy ku sobie : chwila po chwili, dzień po dniu, szliśmy ku sobie, jak dwoje ludzi stojących na przeciwnych brzegach rzeki idzie ku sobie, aby w końcu spotkać się pośrodku długiego mostu. Później, z upływem czasu zmienialiśmy się, wzajemnie kształtowaliśmy nasze charaktery. Jak ona teraz by wyglądała, nieważne, ale miałbym ją przy sobie, i to byłoby naprawdę  ważne. To niepojęte i przykre zarazem, jak starość oszpeca ludzi: ich oczy tracą blask, a twarze poorane zmarszczkami nie przypominają  już twarzy tamtych ludzi sprzed laty, którzy patrzyli na siebie z zachwytem. Stary człowiek staje się bezkształtną bryłą, coraz mniej podobną do ludzkiej istoty. Jestem świadomy tego  i nie boję się, tak jak nie boję się  śmierci. Nie stanę się ostatecznie bryłą, bo mój czas jest krótki  i niczego już nie potrzebuję. Zapamiętaj, człowiek jest ofiarą składaną  Matce – Ziemi  przez innych ludzi, przez następne pokolenia ; przez dzieci  i wnuki; tak jest od tysięcy lat i nic tego nie zmieni. Nie patrz  tak na mnie, i niech cię nie dziwi, ze człowiek może czuć się szczęśliwym umierając..

 

  • Zmęczył panią ten nas dziadunio- powiedziała pielęgniarka, gdy już pojawiłam się w dyżurce – on lubi rozmawiać, a my, zwyczajnie, nie mamy czasu, ciągle zabiegi, zabiegi, dyżury i tak bez przerwy.
  • Nie, nie zmęczył mnie- stwierdziłam. Pielęgniarka uśmiechnęła się.
  • Dobrze, dobrze że pani tu przyszła, bo byłby z nim ogromny problem.
  • Zapisała pani numer mojego telefonu?
  • Tak, zapisałam- pielęgniarka odprowadziła mnie do drzwi – zapisałam- wyjęła z kieszeni karteczkę i pokazała mi ją – na przyszłość już będę wiedziała do kogo dzwonić.
  • Tak, przecież kolejny pacjent może mieć takie problemy. Pielęgniarka skinęła głową i znów uśmiechnęła się – do widzenia, do widzenia odpowiedziała i zaraz zniknęła  za drzwiami sali chorych.

  Wyszłam przed budynek. Wiatr przywiał granatowe chmury ale nie padało. Wróbelki kąpały się w kałuży, która była wspomnieniem porannej ulewy. Nie myślałam już o pacjencie, u którego przed chwilą  wykonałam zabieg, i o długiej z nim rozmowie, nie myślałam nawet o pracy, którą jeszcze dziś po południu muszę wykonać.

Myślałam o chlebie, dobrym, pachnącym chlebie takim, jaki kupuję codziennie w osiedlowym sklepiku od lat. Gdyby chleb był tylko pokarmem, to tuczylibyśmy się nim , jak  zwierzęta. Rozdzielany, jest  symbolem sprawiedliwego podziału  wspólnie wytworzonych dóbr; i jest dowodem miłosierdzia, wobec tych, którym go brakuje.

Spożywać chleb wraz z innymi : z członkami naszych rodzin, z przyjaciółmi, a nawet z obcymi nam ludźmi, podkreślamy, że jesteśmy wspólnotą. Dawniej, w czasach biblijnych, dzielenie chleba było religijnym obrządkiem. Dzisiaj utraciło już dawne znaczenie, spowszedniało, ale nawet dzisiaj nadal budzi w nas dobre instynkty i przyzwyczajenia.

Chleb, jak świt, przydaje blasku oczom; przeistacza się w światło: silne, intensywne, szerokie, pozwalające ludziom odróżnić barwy, nadaje sens każdemu dniu.

Chciałabym, gdziekolwiek  rzuci mnie los, i bez względu na to, czy będę niosła ludziom pomoc, czy też nie, aby świętość spożywanego chleba dla wszystkich ludzi, dla starych i chorych, dla młodych i zdrowych ; i dla mnie, pozostała niezmienna, i żebym pamiętała jego smak wszędzie, nawet na krańcu świata.